Jordania. Droga do Petry (część 1)

Jordania

Po nocy, w której tłum demonstrantów wdarł się do budynku ambasady Izraela, a komandosi egipscy w ostatniej chwili uratowali przed prawdopodobnym linczem jej pracowników, ja i Darek przekraczamy w pobliżu Ejlatu izraelsko-jordańską granicę.

Jesteśmy jedynymi turystami na granicy. Przyjaznym uśmiechem Jordańczycy witają mój izraelski paszport, zwracając mi jednak uwagę na brak ogłady towarzyskiej, kiedy podaję swoje dokumenty przed okazaniem ich przez mojego towarzysza podróży, który jako mężczyzna ma pierwszeństwo. Ze zdziwieniem obserwują go, kiedy ostentacyjnie otwiera drzwi przede mną, przepuszczając mnie z szacunkiem przodem.

Po drugiej stronie Ejlatu czyli Aqaba

 

W pół godziny później, siedząc na plaży nad Morzem Czerwonym w Aqabie pijemy słodką, czarną kawę w plastikowym kubku. W cenę, jak się okazuje przy rachunku, wliczone są krzesła, na jakich siedzimy, parasolka przeciwsłoneczna chybocząca się na wietrze, plastikowy stolik i ręka poparzona naszą kawą przyniesioną nam przez właściciela wózka z napojami.

Jestem w miejscu, które wielokrotnie widziałam z izraelskiego brzegu i zawsze zastanawiałam się jak to jest po tamtej stronie Ejlatu. Teraz już wiem. Morze jest tu takie same: szafirowo-błękitne, otoczone różowiejącymi skalistymi górami i pustynią. Nie ma tu jednak tylu ekskluzywnych hoteli, ulice nie są zatłoczone, a na plażach zamiast szwedzkich turystek z obnażonymi piersiami i Izraelek przykrywających je minimalistycznymi kawałkami materiału, siedzą zaledwie trzy, ubrane od stóp do głów kobiety, a jedynymi kapiącymi się są nieliczni mężczyźni i kilkoro dzieci, wchodzących do wody w ubraniach. Plaża jest tu prawie pusta, wąska i kamienista.

Aqaba w Jordanii
Foto: Ela Sidi

W Jordanii nie sposób przegapić pojawiającego się na szyldach sklepów, w witrynach biur, na murach, stacjach autobusowych, w hotelach i na ulicznych transparentach mężczyzny, będącego bez wątpienia najpopularniejszym modelem jordańskim. Pucułowaty pan w średnim wieku, z charakterystyczną spłaszczoną grzywką zaczesaną na bok, gustujący w niebieskich koszulach z czerwonymi krawatami, na zdjęciach i malowanych obrazach często ubrany bywa również w mundur z dziesiątkami medali albo w prostą, białą galibiję przypominającą długą koszulę nocną, jaka noszą jordańscy mężczyźni w całym kraju. Głowę nakrytą ma czerwoną kefiją Beduinów, przepasaną czarnym agalem ze sznurka. Pozując do zdjęcia zawsze łagodnie się uśmiecha. Robi to również wtedy, kiedy łowi ryby, płynie łódką, jedzie opancerzonym samochodem, gra w golfa, fotografuje. Płynie jachtem, trzyma dzieci na kolanach, czy wita się z jakimiś dostojnikami. Tak, Króla Abdullaha II z dynastii Haszymidów, rządzącego Jordanią, nie sposób przegapić.

Podobnie jak powszechnego zjawiska dzielnic, a nawet całych miejscowości, w których domy „właśnie” się budują. Wokół nich leżą porozrzucane materiały budowlane, blachy, betonowe bloki, kawałki drzewa, puszki po farbie, z dachów niższych pięter i z betonowych podpór sterczą żelazne pręty i drewniane podpory, ściany z pustaków często pozbawione są kompletnej elewacji, a instalacja elektryczna puszczona jest na zewnątrz budynków, podobnie jak kanalizacja. Wszędzie piasek, piasek, piasek…

W drodze

 

Na dworcu autobusowym w Aqabie stoi kilka minibusów z nazwami docelowych przystanków po arabsku.

– Petra? Wadi Mussa? – zagadujemy kilku mężczyzn czekających na odjazd zapełnionego do połowy autobusu i choć odpowiedź pada po arabsku domyślamy się, że pojedziemy z nimi do miejsca, z którego odchodzi autobus do Petry.  Dokąd właściwie? Nie mamy pojęcia, ale to, że oprócz nas w środku siedzi już sporo osób, a przejście pomiędzy siedzeniami prawie zupełnie zawalone jest bagażami oznacza, że wkrótce już wyruszymy w drogę. Kiedy dokładnie?  Nikt, włączając w to samego kierowcę tego nie wie i nie dopytuję się, bo i po co? Czas zawsze był, jest i będzie. Nie można go wyprzedzić, przyśpieszyć czy opóźnić. Ma swój własny rytm i wiele cierpliwości. Jaką pojedziemy trasą?  To zależy od podróżnych i przejezdności drogi. Nie ma się czym niepokoić. Zawsze się przecież gdzieś dojedzie. Jak nie dziś, to jutro.

Z góry ustalamy cenę naszego biletu, aby nie dać się zaskoczyć, kiedy już będziemy w środku, specjalną, wysoką promocją dla turystów, w którą wliczony będzie koszt kupna autobusu, śniadanie kierowcy i nowa koszula pana zajmującego się zbieraniem pieniędzy od pasażerów.

Słuchając arabskiej muzyki puszczonej na pełen regulator, siedząc na wygodnych siedzeniach liczymy nie zajęte jeszcze miejsca dzielące nas od chwili odjazdu. W miarę upływu coraz bardziej dokuczają nam ubrania lepiące się do ciała i spływający po plecach, czole i karku, pot. To jednak, że jesteśmy już w autobusie, nawet nie klimatyzowanym, mniej męczące jest, niż wystawienie się na gorące słońce na zewnątrz, gdzie temperatura wynosi ponad 40 stopni. Próbujące przez okno wedrzeć się do środka promienie słońca, gaszone są grubymi, czarnymi kotarami. Przez otwarte drzwi wpada do nas wiatr, lekko owiewając ciepłym podmuchem i ucieka dalej.

W jordańskim autobusie

Pomocnik kierowcy zbiera pieniądze od ludzi. Od nas ustalone 3 dinary –  1.5 dinara za osobę (ok. 2.1$). Biorąc pod uwagę wytargowane 6 dinarów za 10 minutowy podjazd taksówką z granicy do centrum Aqaby (zamiast proponowanych 15), cena nie wydaje się wygórowana.

Jedziemy. Żegnani spojrzeniem znudzonych celników przejeżdżamy granice celną bez większej straty czasu. Droga prowadząca przez pustynne góry jest dobrej jakości. Nie ma większego ruchu, kierowca,  pędzi po niej z prędkością ponad 100 km/godz. Chłodzący wiatr w towarzystwie palących promieni słonecznych bawi się z nami w ciuciubabkę. Ochładza, jednocześnie rozpalając. Próbujemy wpuścić go otwierając okna i odsłaniając zasłonki, ale kiedy zdradziecko wchodzi wraz ze słońcem – przemocą zatykając nam usta i nos, zamykamy go za oknem trzymając w uwięzi aż do momentu, kiedy kierowca, wpinając się pod skaliste szczyty, pozbawia go części swej mocy.

Jadąc mijamy stacje gazowe z ozdobnym płotem ze starych dętek, stada kóz, wielbłądów i ludzi je doglądających. Z ubogich, betonowych domów w wiecznej budowie, wyrastających z pustyni bez jednego drzewka dającego cień czy trawy łamiącej zielenością jednostajny beż ziemi, wchodzą do naszego autobusu Beduini ubrani w długie sięgające ziemi koszule, z kolorowymi turbanami z chust na głowie oraz młodzi mężczyźni ubrani w jeansy z  trykotowymi koszulkami. Czasami na przystanku położonym w środku morza piasku czeka kobieta zakryta w kokon materiału, tajemnicza i pociągająca, o podkreślonych czarną kredką ciemnych oczach i nieoglądanym przez obcych ciele, innym zaś razem, starszy mężczyzna z twarzą posiekaną zmarszczkami, kontrastującą z bielą galabiji.

Obawy

 

Podczas jazdy próbuję zgadnąć, kiedy kierowca da nam znak do wysiadki. Czy będzie to na stacji benzynowej? Czy może na przystanku przy autostradzie albo przy osadzie z niepotrzebnymi materiałami budowlanymi w ogródku? W najgorszym wariancie mogłoby to być gdzieś po drodze, na rozpalonym w słońcu asfalcie. Z niepokojem patrzę na ubywającą nam wodę w butelkach i staram się nie przejmować sytuacją, wyzbyć kontroli, nie przewidywać, nie planować. Żyć tym, co akurat się dzieje. Z Darkiem, choć znam go osobiście od dwóch dni, („ale ty jesteś odważna, ja nigdy bym…” – tego typu uwag sporo się nasłuchałam, darujcie mi je więc), spędzonych razem z nim i z moim mężem na zwiedzaniu Ziemi Świętej oraz uczestnictwie w największej w Izraelu demonstracji w Tel Awiwie, opowiadającej się za równością szans dla wszystkich warstw społeczeństwa, czuję się bezpiecznie. Mam wrażenie, że potrafiłby mnie wyciągnąć z najgorszych nawet tarapatów, a właściwie… nigdy nie pozwoliłby, by one się nam zdarzyły.

Po lewej stronie drogi przejeżdżamy zjazd do Petry. Po jakiś piętnastu minutach następny i jeszcze jeden. Wyraźnie odbijamy w kierunku przeciwnym do naszego celu podróży. Mijamy kolejne zagubione wśród piasku osady, nie zatrzymując się. Od zawsze chciałam tu przyjechać. Izraelczycy jednak nie darzą sympatią państw arabskich, czując się niepewnie i niebezpiecznie nawet w tych nielicznych, mających podpisane z nimi porozumienie pokojowe. Mój mąż nie dał się namówić na zwiedzanie jednego z cudów świata w Petrze, a ja nie chciałam samej zwiedzać muzułmańskich atrakcji. Musiałam, więc czekać na kogoś, kto chciałby to zrobić ze mną.

Darek był wielokrotnie w Jordanii, Syrii, Egipcie i w większości azjatyckich państw. Idealnie nadawał się na kompana podróży. Kiedy napisał mi, że z chęcią pokarze mi Petrę, myślałam, że żartuje. Teraz jednak, kiedy siedzi obok mnie, wiem już, że nie rzuca słów na wiatr.

Cierpliwie wkłada filtr do białego papierka. Wsypuje tabakę na papier. Skręca ją w cienki rulonik. Liże krawędzie bibułki i zapala gotowego papierosa. Jest spokojny i nie widać po nim najmniejszego śladu zniecierpliwienia czy zdenerwowania. A skoro on się nie niepokoi, to dlaczego ja miałabym to robić? Jest dopiero około 11.30. Do nocy pozostało jeszcze wiele godzin. Zresztą, czy ja faktycznie muszę jeszcze dzisiaj dojechać do Petry? Co prawda od lat chciałam ją zobaczyć.

Wielokrotnie ją sobie wyobrażałam, podglądałam na zdjęciach i próbowałam wędrować jej starożytnym traktem podążając za opowieściami tych, którzy ją zwiedzili, ale skoro mogłam czekać na nią 20 lat to mogę jeszcze poczekać kilka godzin.

W Wadi Mussa

 

Dojeżdżamy do większego miasta. Zza zakrętu wyłania się przystanek autobusowy z kilkoma autobusami, kioskiem i mężczyznami siedzącymi pod daszkiem z blachy.

– Petra, Wadi Mussa? – Darek pyta się przebierającego w palcach drewniane paciorki mężczyzny w białej chustce okręconej na głowie. Nie przerywając szeptania, Arab gestem pokazuje nam autobus.

Słysząc ostatnie dźwięki śpiewu muezzina znajdujemy miejsce na ławce pod zadaszeniem.  Dwóch mężczyzn, obok których usiadłam, przenosi się z dala od nas. Obserwujący nas młodzi chłopcy, ubrani po europejsku uśmiechają się porozumiewawczo. Nie wiem, czy ich uśmiech skierowany jest do nas czy może oznacza śmiech z nas.

Po jakiejś pół godziny autobus rusza. Znów płacimy 3 dinary i w ciągu następnych czterdziestu minut dojeżdżamy do naszego hotelu: „Wadi Mussa Spring Hotel” położonego tuż obok świętego źródła i skały, w którą podobno kiedyś uderzył laską Mojżesz wypuszczając z jej wnętrza skrytą tam wodę.

Autorka mieszka na stałe w Izraelu. Powadzi blog gojka.blog.onet.pl

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    1. Mirta pisze:

      To jest właściwie znakomity kawałek:) Podziękowania dla pracujących
      na rzecz blogów.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 4 + 0

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.