Zagraniczniak mądry po szkodzie

Pierwszy rok mieszkania w jakimkolwiek kraju jest okresem najbardziej wytężonej nauki. Nie chodzi tu wcale o typową naukę szkolną, tudzież studiowanie, ale o poznawanie każdego aspektu kraju, kultury, zachowań ludzkich, czy religii. Jedną z umiejętności, jakie też w tym czasie zdobywamy, jest umiejętność zapobiegania chorobom, czyli profilaktyka zdrowia.

Szalik i kominiarka w Indiach

Najławiej jest zapobiegać zachorowaniu poprzez naśladowanie tubylców, chociaż to najrzadziej niestety praktykowana metoda. Powodem jej odrzucania jest kultura i klimat w jakim wyrośliśmy i nauczyliśmy się żyć. Człowiek z natury swojej wszystko porównuje do wyuczonych i sprawdzonych schematów, które w odległych krajach nie sprawdzają się z taką samą częstotliwością. Najlepszym przykładem są okresy tzw. „zimowe” w krajach, które ze śnieżną i mroźną zimą nie mają zupełnie nic wspólnego. Widząc po raz pierwszy mieszkańca Indii w swetrze, szaliku i kominarce na twarzy przy temperaturze 20 C, zbierało mi się raczej na śmiech, a parafrazowane słowa znane z filmu „Psy 2” same wydostawały się z ust: „Co ty stary wiesz o zimie?”. Dopiero po kilku dniach, może tygodniu, nabrałem szacunku do tych, wydawałoby się, śmiesznych ludzi, gdy nagle ku wielkiemu własnemu zaskoczeniu pojawiły się kolejno: ból głowy, katar, kaszel i ból gardła. Następnego roku wychodząc każdorazowo z domu, przezornie zakładałem już szalik, lekką kurtkę i czapkę z daszkiem, bo kominiarka ciągle wydawała mi się, grzecznie mówiąc, niedorzeczna. Bólu głowy i kataru już nie miałem. Ku ponownemu jednak zaskoczeniu z wyżej wymienionych objawów pojawił się ból gardła szybko przeradzający się w suchy kaszel. W trzecim roku życia w tym samym, kiedyś obcym środowisku, zakładałem już za każdym razem: koszulę, podkoszulkę, lekką kurtkę, czapkę z daszkiem i szalik, który sprytnie zakręcałem wokół ust. To dopiero zagwarantowało profilaktykę na odpowiednim poziomie. Zagraniczni turyści oczywiście uśmiechali się na mój widok, a znajomi i rodzina pukali się w czoło przysłuchując się mym opowieściom na Skype, ale ja byłem zdrowy i, z własnego już doświadczenia, o wiele mądrzejszy.

Tajska zima przy 25 stopniach Celsjusza

Podobna sytuacja spotkała mnie w Tajlandii. W czasie tzw. „tajskiej zimy” obserwowałem zastępy Tajów w swetrach, bluzach lub kurtkach, gdy temperatura spadła do niebotycznych 25 C (a czasem nawet i do 20 C). Powodem, jak mi wytłumaczono, takiego ubioru, było utrzymanie wysokiej temperatury ciała, czyli mówiąc zwyczajnie zapobieganie zaziębieniu się. Zaziębieniu się przy dwudziestu pięciu stopniach Celsjusza! I chociaż miałem już za sobą trzyletnie doświadczenia indyjskie uśmiechnąłem się tylko z politowaniem pod nosem, a w głowie znów pojawiła się fraza: „Co ty stary wiesz o zaziębianiu się?”. Zapominając o lekcji jaką dostałem w Indiach, zaadaptowałem więc dobrze wyuczone schematy z kraju rodzinnego, dalej paradując w koszulce z krótkim rękawem, ciesząc się przy tym niezwykle, że wreszcie nie pocę się gdziekolwiek pójdę. Rezultat? Oczekiwany, na który nie trzeba było długo nawet czekać – zachorowałem. Przeziębienie, ból głowy, czerwone gardło przez które ciężko cokolwiek przełknąć, kaszel i niewielki katar. Gdy temperatura wzrosła o kilka stopni, a zdrowi Tajowie porzucili na następne 12 miesięcy swe swetry, kurtki i bluzy, ja chodzę opatulony w pancerz z ubrań i z przeziębienia pokaszlując co chwila. A wystarczyło ślepo naśladować tubylców i żadna choroba nie przyplątałaby się. Zagraniczniak mądry po szkodzie.

Autor tekstu przez trzy i pół roku na przełomie lat 2005-2009 mieszkał w indyjskiej Kolkacie (Kalkucie), a obecnie od stycznia 2010 zamieszkuje w środkowej Tajlandii.

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

    *
    = 4 + 8

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.