Tajwan: Polak na szczęście

Wspólne zdjęcie z Europejczykiem, czy w ogóle ‚białym’ dobrze rokuje na nowej drodze życia.

Co ciekawe, poprosiła mnie o nie sama panna młoda. Nie była wcale płochliwa, skrywająca się za mężczyzną, jak to wcześniej miałam okazję widzieć. Poprawnie mówiła po angielsku i bez żadnych konsultacji z mężem spytała, czy pozwolę się uwiecznić na zdjęciu? Przy uciesze przybyłych na uroczystość dzieci, zarządzono więc małą sesję fotograficzną.

A maluchy rozkoszne, roześmiane buźki, skośne oczka i burza czarnych włosów. Na dzień dobry widziałam azjatycki ślub, a przy okazji stałam się też maskotką na szczęście.

Biznes w Azji

Podróż na Tajwan był zaledwie tygodniowym wypadem.  Celem głównym – spotkania z producentami drzwi harmonijkowych z PVC, połączone z wizytami w ich fabrykach.  Omawialiśmy na miejscu wymagania odbiorcy i rozstrzygaliśmy kwestie sporne, których nie można było ustalić podczas korespondencji, wtedy jeszcze tylko faksowej lub telefonicznej. Do poczty e-mail mieli wówczas dostęp nieliczni szczęśliwcy, był rok 2000!

Wizyta wypadła akurat podczas obchodów rozpoczynających rok smoka, uznawanego za najważniejszy znak w chińskim kalendarzu. Barwne parady na ulicach, z wielkimi makietami smoków, trwały do późnej nocy, a co ciekawe – uczestniczyło w nich wiele rodzin z małymi dziećmi. Nikt nie chciał przepuścić takich atrakcji. Świątynie były otwarte w nocy i nawet dla nas nie było zakazu wstępu.

Osiem kelnerek na stolik

Sporym wyzwaniem kulinarnym okazał się bambus. Taka zwykła rurka drewna, faszerowana ryżem z dodatkami. Tylko jak się dobrać do środka? Należało mocno stuknąć, aby rozbić osłonkę. Ale jak? Usłużni sprzedawcy pokazali na bruk. No, to puknęłam solidnie kilka razy, bambus się trochę nadłamał i już mogłam jeść. Siedziałam na krawężniku, nade mną przewalały się tłumy, a ja spokojnie delektowałam się czymś nieokreślonym.

Nasi partnerzy podejmowali nas z wielką atencją, a my chcąc sprawić im przyjemność staraliśmy się jeść pałeczkami i próbować rozmaitych specjałów. Jedynie delikatnie, niemal żartem pytaliśmy, czy podawane danie mięsne nie jest z psa bądź kota. Jest to bowiem dla nich nie lada przysmak! Ale biorąc pod uwagę europejskie obycie naszych gospodarzy, mieliśmy świadomość, że nie będą sobie z nas drwili. Proponowali natomiast wszelkie dania z ryb i owoców morza.

W luksusowych lokalach do obsługi stolika ośmioosobowego przydzielony był zespół ośmiu kelnerek pod bacznym okiem dwóch pań, których zadaniem było doglądanie, czy na stole wszystko pojawia się we właściwym czasie i kolejności. Do mistrzyni ceremonii należało rozczłonkowanie i podanie na nasze talerze olbrzymiej ryby.

Menu obejmowało zupę – chłodnik z mleka kokosowego, z kulkami melona, krewetki różnej wielkości, pierogi na słodko i słono, gotowane na parze przy stoliku. I całe litry zielonej herbaty.  Gdy dopijaliśmy jedną czarkę, natychmiast nalewano nam kolejną. Do wycierania rąk po owocach morza służyły specjalne serwetki nasączane sokiem cytryny. Wcale nie trzeba było się martwić, że odłożone na stół ubrudzą obrus.

Przy każdej zmianie nakryć następowała również zmiana obrusa. Zupełnie jak w starych filmach podchodziły cztery kelnerki, prosiły o lekkie odchylenie się od stołu i unosiły obrus ze sobą, a z nim wszystkie naczynia z tej części przyjęcia. Przed przyjściem gości stoły nakrywane są kilkoma warstwami i potem jedynie zmienia się naczynia.

Jednak najlepsza ucztę rybną miałam nie w ekskluzywnej restauracji, ale w niewielkim barze przy sklepie rybnym. Zaserwowano dania z okazów, które sami wybraliśmy z akwarium. Po dość długim czasie na stole z obrotowym talerzem i mnóstwem miseczek, wygodnym dla samodzielnego komponowania posiłku, znalazło się siedem potraw. I chociaż zamiast porcelany mieliśmy miseczki z melaniny, a stół przykryty był ceratą – dania nie ustępowały tym, które w luksusowej restauracji osiągały zawrotne ceny. Nasz partner przepraszał co prawda za taki standard, ale był to jedyny lokal dostępny na obrzeżach miasteczka, o tak późnej porze. Ale dzięki temu zobaczyliśmy, jak wygląda życie poza główną ulicą Kaohsiung.

———————————————————————————————————————

Grażyna Kowolik –  Podczas podróży do Azji miałam okazję poznawać ludzi, ich zwyczaje i codzienne życie. Byłam obserwatorem, czasem też uczestnikiem ich obrzędów. Pracując w handlu zagranicznym poznałam system pracy i priorytety ludzi kilku krajów azjatyckich. Współpracowałam z Chińczykami z kontynentu i z Tajwanu, Koreańczykami i mieszkańcami Malezji. Jednak najwięcej serca włożyłam we współpracę z Indiami. Przebywałam tam dosyć długo, pracowałam i obcowałam z ludźmi, niemalże jako członek rodziny. I mogę śmiało powiedzieć, że trochę poznałam ten kraj, jego piękno, ale i problemy. Dumę, z którą Hindusi wychodzą do świata, a także sekrety i tajemnice skrywane za drzwiami domów

Be Sociable, Share!
    Tagi: ,

    Podobne

    Komentarze

    1. Michał pisze:

      Już nie mogę się doczekać kolejnych odsłon;-)

    2. Grażyna (GEM) pisze:

      Będą następne teksty, i duuuużoooo o jedzeniu.
      Więc zapraszam;-)

    3. Michał pisze:

      Ilekroć czytam teksty o podróżach po Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej i zawsze wracam myślami do moich wypadów w te części świata.A jeśli tekst opisuje dodatkowo tamtejsze jedzenie to już pełnia szczęścia jak dla mnie.
      Kuchnia azjatycka,szeroko pojęta,to „to co tygryski lubią najbardziej”.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 3 + 8

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.