Sylwester na polu naftowym

Sylwestrów w moim życiu było dużo. W rozbuchanych, wieczorowych kreacjach chadzałam na wielkie bale, w skromniejszych „małych czarnych” na małe prywatki, a w śmiesznych ciuchach na zabawy przebierane. Czasami był śnieg i kulig, a czasami plaża i basen. Był też Sylwester inny od wszystkich, taki, który może zdarzyć się tylko raz w życiu.

Sylwester na polu naftowym w Omanie

Pole jeszcze w trakcie uruchomiania, ale ropa to ropa – męska sprawa. Kobietom wstęp wzbroniony.
Nie, żebym specjalnie starała się tam pojechać, skąd. Po prostu „pustynny mąż” był akurat w pracy na swojej 2-tygodniowej zmianie i wyjątkowo, z okazji Nowego Roku, mógł zaprosić na dwa dni rodzinę, czyli mnie. Nie zastanawiałam się ani chwili.

Poleciało nas pięcioro. Ja i jeszcze jedna żona z trójką dzieci. Firma zadbała o nas bardzo, bardzo. Rano przed domem czekał na każdą samochód, który zawiózł nas na lotnisko. W samolocie dostałyśmy miejsca w pierwszej klasie. A co! Gość to gość – nawet jeśli gość jest kobietą!

Lot był krótki, w końcu to tylko 1200 kilometrów. Potem 100 kilometrów jazdy autobusem, i tu uwaga, kierowca zanim ruszył, sprawdził czy wszyscy pasażerowie mają zapięte pasy.
Moje wyobrażenie o polu naftowym stworzyła literatura, filmy fabularne i dokumentalne.

Pole naftowe to wrzawa, ruch i hałas, palące się flary i bieganina zaaferowanych ludzi.
Pole naftowe to wysokie wieże wiertnicze, „osiołki” wydobywcze, coś co wypływa, bulgocze.
Pole naftowe to prawdziwy męski świat, pełen namacalnego niebezpieczeństwa, przygody i odwagi.
Pole naftowe to spoceni faceci w kraciastych, flanelowych koszulach, z ogorzałymi twarzami i z rozbudowaną muskulaturą.
Jednym słowem pole naftowe to enklawa bohaterów, którym udało się ujarzmić siły natury i pokonać własne słabości.
Tymczasem…

Sza, cicho sza…

Po pierwsze wszędzie panowała cisza. Jedynie wiatr, wznosząc tumany kurzu hulał po płaskiej jak stół pustyni. Obóz naszych „bohaterów” to ogrodzony kawałek pustyni, na którym poustawiano barakowozy. W każdym zrobiono dwa maleńkie pokoiki z łóżkiem, biurkiem, krzesłem. Do tego dwie szafy po jednej dla każdego zmiennika, maleńka lodówka, klimatyzator, prysznic.

Kabina mieszkalna – w takich luksusach mieszkają tylko inżynierowie

Jeśli ktoś chce umilić sobie pobyt – proszę bardzo, może zabrać z domu czajnik, telewizor, szachy… Pamiętać trzeba tylko, że do pracy lata się samolotem, więc bagaż jest ograniczony. Na miejscu nie ma sklepów, jeśli czegoś się zapomni – przepadło. Trzeba czekać do następnej zmiany.
Praca trwa 14 dni po 10 godzin, bez dnia wolnego. Po tym czasie lot do domu na dwa tygodnie odpoczynku. A do kabiny wprowadza się zmiennik.
Obóz, w którym ja pomieszkiwałam przewidziany był na 200 osób. Pracownicy mieli do dyspozycji stołówkę, boisko – jak grać w tym kurzu? I basen wielkości średniego pokoju. Nogi może pomoczyć nawet kilkanaście osób, ale pływać? Pewnie zapisują się miesiąc wcześniej – 200 chłopa w jednym, małym basenie?
I jeszcze spory meczet, oczywiście też w barakowozie.

Jak w obozie

Kabiny mieszkalne – jedyna zieleń w promieniu setek kilometrów

W wolnym czasie można pochodzić. Widziałam dużo spacerujących osób. Wygląda to jak spacerniak w więzieniu. Dookoła ogrodzenia od bramy wjazdowej w prawo – 8 minut, potem żeby się nie znudzić w lewo – 8 minut. I jeszcze główną drogą od bramy do ogrodzenia – 2 minuty. Żeby nie wpaść w monotonię można chodzić bokiem, tyłem lub na rękach.
I to już koniec rozrywek.

Ze spaniem też trzeba zgrać się z sąsiadem zza ściany. Kabiny są tak akustyczne, że kiedy jeden chodzi, to u drugiego brzęczą szklanki. Nie daj Boże trafić na takiego, co chrapie, noc z głowy i to nie jedna.
Reszta też jak w obozie.
Śniadanie od 5.30 do 6.30.
Obiad od 12.00 do 1.30 .
Kolacja od 19 do 20.30.

Jedzenie mniej niż średnie. Kucharz z Indii. Dla nas, dwóch kobitek śniadanko było o 9.00 rano.
Dla pracowników fizycznych osobne obozy i niższy standard zakwaterowania. W takich samych pokojach zamiast jednej mieszkają cztery osoby. Sanitariaty mają na zewnątrz.
A teraz o polu naftowym.

Jechaliśmy, a ja wypatrywałam wysokich gęsto poustawianych wież wiertniczych. A na tym jednym z najnowocześniejszych pól naftowych zobaczyłam tylko rury i zawory – żadnej romantyki. Wszystko ogrodzone, zamknięte. Taki laik jak ja, w życiu by nie wpadł na to, że to szyb naftowy. Daje Wam słowo – nigdy w życiu!

Potem oglądaliśmy jeszcze rafinerię, do której płynie to, co wypływa z ziemi, czyli mieszanina gazu i ropy. Ogromna masa żelastwa. Plątanina rur, zbiorników i zaworów połączonych za sobą z zegarmistrzowską precyzją.

Ogółem na tym polu naftowym pracowało od 4 do 5 tysięcy ludzi. Wszyscy w takich samych jasno niebieskich kombinezonach, spokojnie zajmowali się swoimi sprawami. Jedni przy komputerach, inni bezpośrednio na polu lub w rafinerii. Może rwetes zacznie się jak ruszą pełną parą? A może będzie jeszcze spokojniej?

A Sylwester?

Siedzieliśmy pod gwiazdami. Ubrani byliśmy dosyć ciepło, bo noce na pustyni są zimne.
Ta noc była wyjątkowa.
Po pierwsze – Sylwester.
Po drugie oglądaliśmy częściowe zaćmienie księżyca.
Po trzecie księżyc w jednym miesiącu był dwa razy w pełni.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy półgłosem. Dookoła za cienkimi ściankami kabin spali ludzie – jutro normalny dzień pracy. Pachniało grillem oraz wieprzowymi żeberkami duszonymi z cebulką i ananasem. Żeberka przebyły długą drogę. Najpierw z Europu do Dubaju, potem z Dubaju – udany przemyt – do Omanu. Upieczone w domu, przyleciały samolotem na pustynie. Jako że towarzystwo było z różnych stron świata życzenia noworoczne składaliśmy sobie kilka razy. Toast wznieśliśmy gorąca herbatą. Po godzinie 24.00 omańskiego czasu, troszkę zmarznięci, starsi o rok, cichuteńko powędrowaliśmy do łóżek.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 3 + 9

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.