Slum tour czyli zwiedzanie dzielnic biedy

slumsy w indiachPodróżnicy, dziennikarze, ludzie ciekawi świata zawsze zaglądali w takie miejsca. W pojedynkę, w możliwie dyskretny sposób, często zaprzyjaźniając się z miejscowymi, a przynajmniej oswajając ich do siebie. Pamiętam jak całe dnie spędzałem w przedziwnych miejscach starego islamskiego Kairu. Przyzwyczajałem mieszkańców do siebie. Nie chciałem być kimś ekstremalnie obcym. Kimś, kto pojawia się jak UFO, w pośpiechu, „kradnie” fotkę i znika.

Dziś nowe jest to, że dzielnice biedy odwiedzają całe, zorganizowane wycieczki. I to, że taka forma zwiedzania cieszy się coraz większą popularnością. Piszą o nich najnowsze wydania najbardziej prestiżowych anglojęzycznych przewodników. Podają ceny, programy i adresy biur organizujących takie atrakcje. Fora internetowe zaroiły się od opinii na ten temat. Jak zwykle radykalnie sprzecznych, od zachwytu, po wyrazy ubolewania. Najgłośniejsze spory toczą się oczywiście w krajach, których to bezpośrednio dotyczy. Indyjskie gazety zamieszczają opinie znanych publicystów. Jedni są za, inni zdecydowanie przeciw.

Indie

Slum tour, czyli wycieczka do dzielnic biedy ma być odskocznią od typowego sposobu zwiedzania Indii. Organizatorzy przekonują, że warto skorzystać z takiej propozycji, chociażby po to, by zobaczyć prawdziwe życie. Takie, jakie prowadzi wiele milionów ludzi. Bajeczne Taj Mahal i inne monumentalne zabytki, będące wizytówką Indii, nie mówią nam zbyt wiele o dniu dzisiejszym w kraju nad Gangesem. Przy dobrze zorganizowanym, napiętym programie zwiedzania, gdzie biega się od zabytku do zabytku, łatwo jest nie zauważyć obszarów biedy. Największe ubóstwo ograniczone jest do enklaw slumsów. Na przykład w dwudziestomilionowym Bombaju – słynną, bo położoną w samym centrum miasta dzielnicę biedy Dharavi – zamieszkuje ponad milion osób. Żyje się tam maksymalnie za dolara dziennie. Wycieczka do tej największej w Bombaju dzielnicy biedy (w sumie około połowy mieszkańców tego miasta żyje na progu ubóstwa) trwa od dwóch do pięciu godzin, a ceny zaczynają się już od 10 dolarów.

Ta forma zwiedzania wzbudza oczywiście liczne kontrowersje. Przede wszystkim natury moralnej. Wielu oburza czerpanie zysku (przez biura podróży) i znajdowanie przyjemności (przez turystów) z cudzej biedy (czytaj: nieszczęścia). Indyjskie firmy tłumaczą się faktem przeznaczania większości dochodu na pomoc ubogim. Biuro organizujące wycieczki po slumsach Bombaju, 80 proc. dochodu kieruje do fundacji, która uczy najuboższe dzieci języka angielskiego. Wyjaśnia też, że trasa zwiedzania jest ustalona z miejscowymi, turyści zaglądają do tych rodzin, które wyraziły na to zgodę. Zabronione jest fotografowanie. W opinii wielu turystów, możliwość odwiedzenia takich miejsc daje szansę na pochylenie się nad trudnym losem mieszkających tam ludzi. To coś zupełnie innego niż film w telewizji. To realne spotkanie z takimi samymi ludźmi jak my, tylko w nieporównanie gorszej sytuacji życiowej. Często, dopiero tu, znudzeni dobrobytem, przybysze z Zachodu, zdają sobie sprawę w jak szczęśliwym są położeniu. Mimo wszystko otwartym oczywiście pozostaje pytanie, czy jest to dobra lekcja wrażliwości, czy raczej próżne zaliczanie kolejnej „atrakcji turystycznej”.

Egipt

Oczywiście, nie każdy jest w stanie wytrzymać taką atrakcję. Raz dałem się namówić turystom, aby zawieźć ich do dzielnicy biedy. Opowiedziałem im wcześniej o niesamowitej dzielnicy Mukkatam na obrzeżach Kairu, zwanej Miastem Śmieciarzy. Żyje tam kilkadziesiąt tysięcy wyrzuconych kiedyś z miasta na pustynię, najuboższych ludzi. Zajmują się segregacją śmieci. Zwożą je wózkami zaprzężonymi w osiołki z całej dwudziestomilionowej metropolii. Duża dzielnica na wielkiej stercie gnijących odpadów. Fetor niesamowity! Również dlatego, że mieszkający tu chrześcijanie, w odróżnieniu od muzułmanów, hodują świnie. Właśnie na tych górach śmieci! Mieszkając w Kairze bywałem tam dzięki uprzejmości Mariusza Dybicha, Polaka bardzo szanowanego przez miejscowych. Pomaga przewodzącemu tej społeczności, charyzmatycznemu koptyjskiemu duchownemu. Razem zmieniają to miejsce na lepsze. Podjechałem autokarem z turystami. Zatrzymaliśmy się na obrzeżach dzielnicy. Większość bała się wyjść porażona widokami i zapachem. Kilku śmiałków ruszyło robić zdjęcia. Kiedy ktoś zaczął fotografować nagie, zanurzone w rozkładających się resztkach jedzenia, dzieci; ktoś mimo protestów miejscowych filmował matkę, młodą jeszcze dziewczynę, z małym dzieckiem na ręku, wybierającą coś ze sterty śmieci i karmiącą tym dziecko, przerwałem imprezę. Szybko odjechaliśmy. Wszyscy byli poruszeni. Niektórzy wręcz sparaliżowani tym, co zobaczyli, niektórzy rozgoryczeni, że nie dane było im zrobić „fajnych” zdjęć. Nikt nie zaproponował żeby zostawić tym ludziom jakieś pieniądze, jakąś pomoc!

Etiopia

Pamiętam też przerażenie i całkowitą rezygnację turystów, z którymi zwiedzałem południowe krańce Etiopii. To nie były slumsy, tylko normalna, zwykła wieś. Tyle, że bardzo przeludniona. Pytaliśmy, każda rodzina ma około dziesięciorga dzieci! (Dlatego już za jedno pokolenie czyli jakieś 30 lat, Etiopczyków będzie więcej niż Rosjan). Małe gospodarstwa, mało ziemi i wielodzietne rodziny, a to oznacza egzystencję na skraju nędzy. Przyjechaliśmy tu dla wyjątkowego miejsca, ukształtowanego przez deszcz i wiatr w przedziwne, przypominające drapacze chmur formy. To Gasergio, zwane też glinianym Nowym Jorkiem. Za płotem, odgradzającym tę turystyczną atrakcję, znajduje się wieś. Pędzeni ciekawością weszliśmy i tam. Z każdej strony obskoczyły nas dzieci. Setki. Proszące o cokolwiek, również o coś do jedzenia. Z trudem udało nam się wrócić do naszych samochodów. Zamknięci w ślicznych białych, terenowych autach, patrzyliśmy na biedne dzieci. My i one, tacy sami ludzie. Ale dwa całkowicie różne światy. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, zdrowia i nadmiaru jedzenia oraz świat chronicznego niedostatku. A dzieliła nas tylko cieniutka szyba samochodu. Dzieci nie umierały z głodu. To już nie te czasy. Etiopia, w porównaniu z latami osiemdziesiątymi ubiegłego wieku, mocno stanęła na nogi. Dostawały jedzenie. Ale głównie rozgotowaną papkę z sorgo (rodzaj kukurydzy). Każda odmiana tej monotonnej diety, to dla nich wielki rarytas. Mieliśmy tylko banany. Kupiliśmy je kilkanaście kilometrów wcześniej, kosztowały grosze. Ale jak można rozdzielić kilka bananów wśród setek dzieci? Odjechaliśmy czym prędzej.

Delhi

Dobrze zorganizowana wycieczka, prowadzona przez zaprzyjaźnionego z miejscowymi przewodnika, i realizowana za ich zgodą, moim zdaniem, jest w stanie się jakoś moralnie obronić. Szczególnie, jeśli lwia część dochodu przeznaczana jest na pomoc najbardziej potrzebującym. Gorzej z bardziej ekstremalnymi formami. W Delhi, na terenach wokół dworca kolejowego wegetują tysiące dzieci. Sami chłopcy, dziewczynki są wyłapywane i zmuszane do prostytucji. Żyją z tego, co znajdą w śmieciach. Widać ich brudnych, półnagich, z nosami zanurzonymi w szmatach z chemikaliami – na środki odurzające wydają to, co uda im się zarobić. W takim miejscu, wycieczka bogatych, dzierżących w rękach drogie aparaty i kamery turystów, czyhająca na dobre ujęcie, nie nasuwa pozytywnych skojarzeń.

Z całą pewnością interes będzie się rozwijał. Mieszkańcy slumsów nie mają innego wyjścia, sprzedają to, co mają do sprzedania. W tym przypadku, atrakcyjną dla turystów biedę.

Artykuł pochodzi ze strony Krzysztofa Matysa:

http://www.krzysztofmatys.pl/

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 3 + 0

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.