Piekarnia w Nepalu: pożegnanie

Zapraszamy na kolejną opowieść o nepalskiej wiosce Syabru Bensi. O tym, jak do niej trafiliśmy, można przeczytać tutaj.

1.

Wieczorem znowu idziemy na skały, przywitać Zuzę i Wojtka. Nikt jednak nie nadchodzi. W końcu, gdy już zaczyna robić się szaro i chcemy wracać, po drugiej stronie doliny zaczynają majaczyć znajome sylwetki.

Buchung rzuca się biegiem do przodu, ale w druga stronę niż jest most. A co tam, biegnę za nim. Przedzieramy się przez trawy, krzaki i nagle dopadamy do miejsca, gdzie rzeka zawalona jest wielkimi głazami. Buchung w pełnym pędzie na nie wskakuje.  Ja za nim. Normalnie, gdybym zobaczył, że następna skała jest ponad metr niżej, dzieli mnie od niej uskok na metr szeroki i trzy głęboki, a w dole szumi rzeka, to bym zawrócił, ale w tym pędzie nie bardzo mam kiedy i po prostu skaczę. I tak kilka razy. Dobrze, że Buchung ma oczy dookoła głowy i w odpowiednim momencie odwraca się i łapie mnie za rękę.

W każdym razie fajnie jest się znowu spotkać i to cale pięć minut wcześniej, niż gdybyśmy przeszli powoli przez most.

Ciotka przyjmuje nowych gości, jak dawno nie widzianą rodzinę.  – No, to teraz wszystkie dzieci w komplecie – mówi. I jak tu jej nie lubić?

Wujek drugi od lewej.

2.

Wieczorem idziemy do domu Wujka, do którego przeniosła się fabryka ciastek. Dowiadujemy się, że od śmierci żony Wujek cierpi na straszne bóle żołądka, do tego stopnia, że nie jest w stanie jeść. I prosi nas o lekarstwa, bo wiadomo, że Europejczycy maja lekarstwa na wszystko. Jesteśmy przekonani, że to reakcja psychosomatyczna, bo żona umarła na raka, oraz efekt ostrego nadużywania rakszi.

Po długim i burzliwym konsylium postanawiamy ratować Wujka uciekając się do małego podstępu pod tytułem „placebo”. Dajemy mu węgiel, witaminy i mieszankę soli mineralnych na odwodnienie, mówiąc, że to na pewno pomoże, jeśli tylko nie będzie pił rakszi. Już nasze poważne miny i tajemniczy szum tabletek musujących z elektrolitami powinny odnieść skutek terapeutyczny.  Zobaczymy.

3.

W nocy okazuje się, że jednak nie mam żelaznego żołądka. Oddaję naturze całe wczorajsze pożywienie wszystkimi możliwymi drogami. W dodatku zabrakło papieru toaletowego i muszę przerzucić się na system azjatycki, tzn. korzystać z kubełka z lodowata woda, stojącego w każdej toalecie. Praktyczne, ale mało przyjemne.

Biorąc pod uwagę, że przez cala drogę jedliśmy praktycznie wszystko, wliczając w to żarcie z przydrożnych straganów (tylko wodę pijemy butelkowaną albo odkażoną chlorem), do tego ręce myjemy z rzadka, bo i rzadko była taka możliwość, to i tak nieźle, że dopadło mnie dopiero teraz. Kilkanaście kubków wczorajszej rakszi pomieszanej z herbatą z mlekiem też nie pomogło..

Wieczorem próbuje powiedzieć po tybetańsku “dobry wieczór”. Podobno wyszło mi “I am toilet-man”. W obecnych okolicznościach nie dziwię się, że wszyscy prawie popękali że śmiechu.

4.

Następny dzień spędzamy na próbach wybadania, co dzieje się z autobusem do Katmandu. Przypadek autobusu jest typowy dla Nepalu. Nikt nic nie wie, ale każdy udaje, że wie. Ktoś mówi, że jest strajk. Ktoś, że autobus zepsuł się na wybojach. Podobno policja zakazała jazdy wszystkim nepalskim autobusom, dopóki nie sprawdzą ich stanu technicznego, bo jeden przejechał człowieka. Być może będzie już dzisiaj tylko później, może jutro rano, a może nie będzie go przez kilka dni.

Także można tylko czekać.

Ciotka. Kobiety w Nepalu czeszą się publicznie, najczęściej na ulicy przed domem. Publicznie się tez myją, szczególnie włosy. Natomiast mężczyźni, jeśli chcą się umyć (raczej nie zdarza się to często), szukają jakiegoś miejsca odosobnienia. No chyba ze chodzi o mycie zębów - w tym celu wychodzi się na zewnątrz niezależnie od płci.

5.

Im dłużej czekamy, tym częściej rozmawiamy o polskim jedzeniu. Możemy robić to bez końca. Każde z nas potrafi się na długie minuty zamyślić nad schabowym, sernikiem lub kanapkami z serem. Ale jak przez ponad tydzień jadło się codziennie kaszkę z miodem i zupy w proszku, a potem prawie tylko ryż w rożnych postaciach, to nie ma się czemu dziwić.

Razu pewnego kupujemy kurczaka. Buchung sieka go maczetopodobnym nożem w drobną kostkę. W całości. Tak więc danie składa się w 80 proc. z chrząstek, kości, skóry i tłuszczu. Żuję te kostki kurczaka, żuję, naprawdę się staram, ale to jest ponad moje siły – wyżuwszy tylko elementy mięsne, całą nieapetyczną resztę niegrzecznie zostawiam. Co na to Buchung? Gdy upewnia się, że już skończyłem, po prostu łapie te resztki i zaczyna po kolei chrupać. Chrupie, chrupie, aż w końcu nic nie zostaje na talerzu. Wielki szacunek dla zębów tego chłopaka.

6.

Dobra wiadomość z następnego poranka: jednak mam żelazny żołądek i juz jestem zdrowy.

Jest też zła wiadomość: na to samo zachorowała Zuza. Jeszcze gorsza wiadomość jest taka, że nie przejdzie jej to przez wiele, wiele, wiele dni, ale o tym jeszcze nie wiemy.

I kolejna dobra wiadomość: pojawia się autobus.

I kolejna zła: gdy już upakowaliśmy na dachu bagaże i wygodnie się umościliśmy, okazuje się, że autobus jednak nie pojedzie – tym razem podobno deszcz uszkodził drogi i w całym okręgu ruch jest zabroniony. Ale jutro ma pojechać na sto procent.

Szale zwycięstwa na stronę dobra przechyla Wujek. Okazuje się, że efekt placebo, to nie mit! Wujek łyka węgle, nie pije rakszi, je za dwóch i ma się dobrze!

7.

Wieczorem idziemy się pożegnać. Najpierw do Wujka. Okazuje się, że nie będzie to jednak zwykłe pożegnanie. Będzie to pożegnanie rytualne.

Wujek wygrzebuje się spod koca, spala wokół nas kadzidło, rozsypuje coś wokół ołtarzyka, każdego po kolei błogosławi, wcierając masło jaka we włosy, a następnie zawiesza każdemu na szyi Kadak.

Kadaki to białe chusty, które wręcza się w dowód szacunku (trochę jak u nas kwiaty), daje do błogosławieństwa lamom i wiesza na ścianie, traktując jak nośniki pozytywnych emocji.

Jesteśmy wzruszeni. Zwłaszcza, że wyraźnie czuć, że nie jest to tylko mechaniczne odbębnianie jakiegoś starodawnego zwyczaju, tylko coś w co mieszkańcy Syabru nadal żywo wierzą, coś co nadal ma swoją wagę i znaczenie.

8.

Rano Ciotka wręcza nam Kadaki, które przypinamy do plecaków, ładujemy się do autobusu i tak kończy się nasz pierwszy pobyt w Syabru.

Razem z Zuzą obiecujemy, że za kilka dni wrócimy na Losar, ale chyba nikt nam nie wierzy…

————————————————————————————————————————

O Akcji Piekarnia w Nepalu piszemy tutaj.

Na razie zebraliśmy ponad 7 tysięcy złotych – planowane są kolejne imprezy!

Strona akcji!

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 5 + 6

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.