Parowozem aż na koniec świata

Lata 40-te. Położony gdzieś na końcu świata, pośród tajgi, obóz pracy dla wrogów ludu – przymusowych robotników III Rzeszy i jeńców wojennych.

Do obozu prosto z frontu przybywa Ignat – żołnierz i bohater Związku Radzieckiego. Taki, któremu żadna kobieta się nie oprze, a faceci schodzą z drogi. Bohater ma jednak mały defekt, przed wojną był maszynistą i wykoleił lokomotywę. Przy okazji uszkodził sobie głowę, co objawia się często pojawiającymi się u niego drgawkami i utratą przytomności. Nie przeszkadza mu to jednak prowadzić należący do obozu parowóz. Kiedy jednak doprowadza do kolejnego wypadku i zabierają mu prawo do prowadzenia maszyn – wyprawia się do tajgi, gdzie odnajduję starą, zardzewiałą lokomotywę. Przy okazji odnajduje tam także żyjącą od kilku lat w tajdze Niemkę – Elzę. Jak MacGyver własnymi rękami naprawia parowóz oraz zerwany most przez rzekę. I zabierając ze sobą Elzę, wraca do obozu.
Wrogowie ludu ciągle coś jedzą i popijają bimber. Strażników, poza starym, wyśmiewanym, inwalidą wojennym, nie ma. Jest jeszcze komendant, o żydowsko brzmiącym nazwisku – Fiszman. Wyjątkowa świnia. I tylko on wzbudza respekt wśród więźniów. Ale do czasu – aż nie narazi się Ignatowi. Fiszman nie lubi Niemców – porywa Niemkę i niemieckie dziecko, wychowywane przez jedną z obozowych kobiet i jedzie parowozem oddać „wrogów” w ręce sprawiedliwości, czyli NKWD. Ignat mocno się wkurza, ponieważ polubił, a nawet pokochał Elzę. Goni komendanta i gdy go dopada, wali w twarz, wyrwanym z lokomotywy prędkościomierzem. Ignat, Elza i dziecko odjeżdżają drezyną w siną dal…
Parowozy jeżdżą wte i wewte, niedźwiadki chodzą po tajdze, pada śnieżek, kobiety pracują, a mężczyźni wlewają w siebie samogon.
Obrazy przemykają nieśpiesznie po ekranie. Tylko w pewnym momencie przychodzi do głowy pytanie – czemu to wszystko służy i co ważnego reżyser chciał nam przekazać? Że po wojnie było ciężko to wiemy, że były gułagi, też wiemy, ale jeśli wiemy też  o gułagach trochę więcej niż to, że były, to wiemy także, że życie i praca były tam o wiele cięższe niż nam reżyser w swoim dziele pokazuje.  Może autor nie chciał narażać na zbytnie katusze widzów z Zachodu? Film jest wyraźnie robiony na export, jest także rosyjskim kandydatem do tegorocznego Oscara. A Amerykanie przecież lubią takie nieco egzotyczne, nienachalne, epickie kino, gdzie na historycznym tle snuje się opowieść o wielkich namiętnościach, miłości i wojnie. Na pytanie enkawudzisty, czy warto wybrać się na ten film do kina, moja odpowiedź brzmiałaby – nie. Jest to jeden z tych filmów, który robi o wiele lepsze wrażenie po obejrzeniu trailera niż całości. Jeśli przyznają Oscary za trailery – obraz Na końcu świata ma naprawdę duże szanse.

Na końcu świata / Край, reż. Aleksiej Uczitiel, Rosja 2010

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=_9l_DTMlPF8&feature=player_embedded[/youtube]

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 3 + 6

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.