Na randce z Bogiem

Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym. O tym, że konsumpcja z impetem wkroczyła, także w naszą sferę duchową, boleśnie przypomina w swojej najnowszej książce Eric Weiner.

Jak twierdzi autor, do napisania książki zainspirował go pobyt w szpitalu, gdzie otarł się o śmierć. Powinnam w zasadzie napisać, że to zainspirowało go do rozpoczęcia duchowych poszukiwań, ale nie wierzę, aby jakikolwiek dziennikarz wyruszając w podróż, nawet, jeśli miałaby to być podróż w głąb siebie, nie zastanawiał się, czy nie będzie to dobry materiał na książkę. Poza tym, przy całej sympatii, którą od pierwszych stron zapałałam do autora, do końca nie udało mi się uwierzyć w szczerość jego intencji.

Weiner trafił na oddział ratunkowy, zgięty w pół, podejrzewając, że ból, który odczuwał, wywołany był rakiem, albo „czymś jeszcze gorszym”, czemu jednak nie był w stanie nadać imienia (jak widać, autor nie traci czasu na oglądanie doktora House’a, inaczej byłby w stanie podać nawet łacińskie nazwy setek chorób gorszych od raka).
Zanim Weiner dowie się, że jego niedoszły nowotwór, albo „coś gorszego” to jedynie ciężki przypadek gazów, natrafi na pielęgniarkę, która zada mu bardzo enigmatyczne pytanie: „Czy odnalazłeś już swojego Boga?”, po czym bez słowa zostawi skonsternowanego pacjenta, aby dalej siać zamęt w głowach chorych.

Mijają tygodnie, a Weiner wciąż nie jest w stanie zapomnieć pytania zadanego przez pielęgniarkę. Zaczyna je analizować, a jako przedstawiciel najbardziej rozpasanego ze wszystkich społeczeństw konsumpcyjnych, czyli społeczeństwa amerykańskiego, dochodzi do wniosku, że być może chodziło o to, że gdzieś istnieje istota wyższa, zarezerwowana specjalnie dla niego. Wiecie, taki Bóg dostosowany do indywidualnych potrzeb klienta.

Eric Weiner jest niepraktykującym Żydem, woli jednak nie nazywać siebie ateistą, bo jak sam mówi: nie ma pewności w żadnej sprawie, nie wie nawet, co myśleć o skarpetkach w romby, więc skąd ma wiedzieć, czy istnieje jakiś Bóg. Dla mnie sprawa jest prosta: pewność, co do istnienia Boga wynika z wiary. Ja takiej wiary nie mam, jestem, więc ateistką. Można być jeszcze agnostykiem. To jednak też autorowi nie odpowiada. Wymyśla, więc dla siebie nowy termin: dezorientacjonista. I pod takim kryptonimem wyrusza w podróż, zarówno duchową jak i fizyczną, bo aby odnaleźć odpowiednią dla siebie religię, postanawia wyjść poza strony literatury fachowej i dotrzeć do źródeł, by religii „doświadczyć”.

Zgodnie z tym, aby zasmakować sufizmu wyrusza do Turcji, by poczuć ducha buddyzmu udaje się do stolicy Nepalu, a w pełnym doznaniu taoizmu, pomóc ma mu podróż do Chin.
Przy tak poważnym podejściu do swoich poszukiwań, zrozumiałe jest, że musiały one zostać ograniczone do kilku (w tym wypadku ośmiu) religii. Wszystko zapowiadało się bardzo ciekawie.

Niestety, poszukiwania autora tylko wydają się być poważne. Czytając książkę, odniosłam wrażenie, że jedyne, co było poważne, to pieniądze, jakie autor musiał wydać na wszystkie swoje podróże.
Nie zrozumcie mnie źle, sama rzadko kiedy wpadam w poważny ton i tym co, od pierwszych stron, tak ujęło mnie w autorze, jest jego niezwykle przenikliwe poczucie humoru, okraszone ogromną dawką kpiarskiej autokrytyki. Autor, jednak, co jakiś czas, przestaje żartować, starając się nas przekonać o swoich poważnych zamiarach wobec Boga, a ja niczym podejrzliwy ojciec, surowo oceniający absztyfikanta córki, po prostu panu Ericowi nie ufam.
Nieprzypadkowo użyłam metafory randkowej, bo wpasowuje się to idealnie w koncepcję książki, o której dowiadujemy się już z tytułu: „Poznam sympatycznego Boga. Moje flirty z istotami wyższymi.” Poznawanie kandydatów na Bogów przez Weinera, przypomina poznawanie potencjalnych partnerów w systemie „speed dating”, gdzie do naszego stolika, co parę minut, przysiada się nowa osoba, wymieniając poprzedniego kandydata. Każdy ma tylko chwilę na zaprezentowanie się od najlepszej strony.

Wydaje mi się, że autor traktuje poznawane religie bardzo podobnie, dając im chwilę na odpowiednie zaprezentowanie się. Co dodatkowo dziwi, to fakt, że przy całym założeniu poznawania religii u źródeł, Weiner i tak na swoich „przewodników duchowych” wybiera osoby z własnego kręgu kulturowego: w Nepalu w tajniki buddyzmu wprowadza go James ze Staten Island (bogata dzielnica Nowego Jorku), a do Chin wybiera się z wycieczką taoistyczną, organizowaną przez podstarzałego hipisa z Oregonu.

Obok religii takich jak judaizm i chrześcijaństwo, na liście autora pojawiają się też niszowe wyznania, takie jak szamanizm i raelianizm (religia oparta na wierze w UFO, wychwalająca hedonizm oraz nagie biusty). Tu znów nie chce mi się wierzyć, że autor rzeczywiście chciał zapełnić swoją wewnętrzną pustkę próbami połączenia się z kosmitami, prosto z sali konferencyjnej hotelu w Las Vegas. Wydaje mi się, że włączenie do listy tego typu rozdziałów, miało na celu jedynie zabawienie czytelnika.

No i się udało. Książka jest bardzo zabawna, a autor zachwyca elokwencją i ciętym żartem. Jeśli macie ochotę na humorystyczną podróż przez różne egzotyczne rytuały religijne – to ta książka jest właśnie dla was. Gwarantuję dobrą zabawę.

Jeśli jednak spodziewacie się duchowej przemiany czy poszukujecie czegoś, co was zainspiruje i pomoże odkryć własną ścieżkę wiodącą do metafizycznych przeżyć, to obawiam się, że może was spotkać zawód. Ja pozostaję przy swoim: Eric jest przezabawnym człowiekiem, ale nie sądzę, aby miał poważne zamiary wobec Boga.

Eric Weiner, „Poznam sympatycznego Boga”, tłumaczenie Julita Mastalerz, Carta Blanca, Warszawa 2012, s. 320

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    1. joanna pisze:

      A ja wierzę Ericowi. I myslę, że dzięki tej podróży znalazł swojego Boga. Recenzja świetna :).

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 5 + 9

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.