Money, money, money – rozterki debiutującego pisarza

Andrzej Muszyński szef Wypraw z ReporteremMłodzi, a może lepiej, debiutujący pisarze, reporterzy, podróżnicy stają przed nie lada dylematem. Uogólniając, mają dwa wyjścia. Pierwsze: wydać książkę popularną, ładnie skrojoną i obitą świetnymi fotografiami. Lekką, przyjemną i dla mas. Lub drugie: podejść do sprawy ambitnie i, jeśli wystarczy talentu, wydać książkę w poważnym, prestiżowym wydawnictwie. Sprawa wydaje się prosta. Ale taką nie jest.

Bez wątpienia, piszący nie od święta, ale stale, pasjonaci literatury chcieliby ze swojego pisania żyć. W Polsce to misja, która może okazać się dla wielu adeptów pióra misją straceńczą. Dlaczego? Bo cholernie trudno ją tu zrealizować. Uściślijmy: żyć z pisania – mamy tu na myśli – z wydawanych książek (co innego dziennikarze zawodowi, na etacie). Żeby pisać książki, trzeba mieć na to czas, okoliczności, świeżość umysłu. Niezwykle trudno to pogodzić z pracą „od do”. Jest oczywiście sporo przykładów pozytywnych, choćby Gombrowicz, który w Argentynie robił za urzędasa, klepał biedę, szlag go trafiał, ale jednak pracował i pisał.

Ale nie reportaże, literaturę faktu. Reportaż to najbardziej czasochłonny i kosztowny gatunek literatury. Napisanie porządnej książki reporterskiej to lata pracy intelektualnej i w terenie, często na końcach świata. Wyjątkiem są tu reportażyści etatowi, korespondenci, którzy mają okazję połączyć swoją pracę z pisaniem książki. Zawód korespondenta jednak umiera, nie łudźmy się.

A..jest rozwiązanie, które kusi..

Mamy na rynku polskim kilka wydawnictw, które posiadają odpowiednie moce do sprzedania… czegokolwiek, nawet rzeczy dennej, mizernej, pustej. Przepis jest prosty: bierzemy jakąś fajną gwiazdę albo podróżnika, bardziej lub mniej znanego, on pisze swoje zwierzenia z podróży, czasem pisze ktoś za niego, robimy z niego Indianę Jones, ubieramy całość w genialne fotki z agencji, pokażemy go w telewizji, na billboardach i sprzedajemy „pod choinkę” 100 tys. sztuk. A potem dodruk, bo mało. Książka kosztuje 60 zł. Pointa: autor zarabia sporo kasy. Bywa, że sumy zawrotne.

(Pamiętajmy: wiele tych książek podróżniczych, które widzicie na półkach powstają po paru tygodniach pobytu autora w danym kraju. Są to książki po prostu o jakimś kraju. A podobno, żeby napisać książkę tylko o kraju, trzeba być artystą. Artyści piszą niezwykłe dzienniki i prozę podróżniczą nawet po kilku dniach pobytu gdziekolwiek. Ale mówimy przecież o zwykłych książkach podróżniczych, które w swojej kolorowej otoczce wydają się niezwykłe.

Tak, tak, ludzie je jednak lubią i kupują i mają do tego święte prawo i bardzo dobrze.)

Ten, kto pisać nie umie, a był w paru miejscach, pogadał z Indianami i tak dalej, w zasadzie dylematu nie ma. Jeśli ma dobre chody u wydawcy, wydaje u niego książkę i zgarnia profity.

Przed wyborem stają ci drudzy, zaawansowani i ambitni. Ci, którzy robią albo chcieliby robić literaturę piękną.

Bo cóż to jest ta literatura piękna? Ano, rzecz, jak nazwa wskazuje, nie tylko poprawnie ale i pięknie napisana. Uniwersalna, która za dziesiątki lat nie traci na wyrazie i aktualności. Która czytelnika niesie, porywa. Gdzie jest drugie dno, a nie tylko warstwa faktograficzna. Literatura piękna może i powinna być literaturą popularną, ale zrobić takową to już jest misja dla herosów. Taką robił Kapuściński: nad jego tekstami pławili się i krytycy literaccy i zwykli czytelnicy.

Jest jednak ryzyko, że decydując się na wydanie książki u wydawcy „poważnego”, tyle mamony nie zarobimy. Z różnych przyczyn. Takie wydawnictwa nie prowadzą kolorowych kampanii, przeciętnemu czytelnikowi kojarzą się raczej z literaturą trudną (a któż się lubi męczyć nad książką?) i pod choinkę często nie trafiają. Kończy się to tym, że autor włożył w reportaż ileś dziesiąt tysięcy i okazuje się, że do tego sporo dołożył.

A jakby zrobić tak:

Jadę do Afryki na trzy tygodnie, piszę o tym jedną kolorową książkę, robię z siebie łowcę przygód i awanturnika, książka w empikach znika w oczach, zarabiam mnóstwo forsy i teraz w spokoju i finansowym komforcie zabieram się do pracy nad moim literackim dziełem.

Dobre?
Dobre, pewnie.
Ale.

Ryzykujesz, że szybko cię zaszufladkują. Jeszcze pokażą twoją gębę w telewizji jako Indiana Jones, doszyją ci sto łatek, będzie ci wstyd, pójdzie fama i poważne wydawnictwo cię odeśle w diabły. A wywinąć się z raz przyjętej roli jest trudno.

Ale kusi. Tysiące, dziesiątki, setki tysięcy banknotów, jak dobrze pójdzie.

Czy jest wyjście idealne? Jest.

Napisać tak piękną rzecz, że rzucą się na nią koneserzy literatury i mniej wprawieni czytelnicy. Reklamy jej nie potrzeba, bo jest tak dobra, że wszyscy ją sobie polecają. Wydać bez wyrzutów sumienia w szanowanym wydawnictwie, a książka jest tak genialna, że tłumaczą ją na dziesięć języków. Jest i kasa. I wilk syty i owca cała. Znamy takich pisarzy polskich (współczesnych).

Zakładać jednak taki scenariusz na początku swojej drogi to mieć o sobie zbyt dobre zdanie. Albo godną pozazdroszczenia wyobraźnię literacką (ta też jest niezbędna do pisania reportaży! – jeszcze o tym popiszemy). Też takich znamy.

Co więc wybrać? Na co się skusić? Każdy piszący musi sprawę sobie przemyśleć i sam jak palec podjąć brzemienną w skutki decyzję.

Artykuł pochodzi z serwisu Wyprawy z Reporterem

 

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    1. Basia Burger pisze:

      „Ten, kto pisać nie umie, a był w paru miejscach, pogadał z Indianami i tak dalej, w zasadzie dylematu nie ma. Jeśli ma dobre chody u wydawcy, wydaje u niego książkę i zgarnia profity.” – jak Beata Pawlikowska, która napisała już książki o wszystkim i wszystkie są pewnie na równie niskim poziomie jak „Blondynka na Kubie”, którą miałam wątpliwą przyjemność czytać. Szkoda straszna, że to właśnie jej książki w Polsce się tak świetnie sprzedają. Mimo wszystko (żeby zakończyć optymistycznym akcentem), sukces Wydawnictwa Czarnego pokazuje, że Polacy są też zainteresowani lepszą literaturą faktu i mam nadzieję, że ten trend się utrzyma.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 3 + 6

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.