Karino – Notki z Frontu III

72398893Towar importowany? No, thanks

Jeśli Bollywood jest indyjską kurą znoszącą złote jaja, to oscarowy triumfator okazał się podrzuconym złotym jajkiem, którego ni to zjeść, ni wysiedzieć. Zadziwiające – Indie zamiast podpiąć się pod sukces Slumdog Millionaire, wypięli się na całość, bo skoro „to nie nasze i nie przez nas zrobione” to my wam pokażemy, że nas stać na więcej… I to nie jest nasze ostatnie słowo!!!
Sondując znajomych i współpracowników, odkryłem rzecz niesłychaną: w większości filmu nie widzieli i oglądać nie mają zamiaru – czy to ktoś powiedział, że „słaby”, czy to w gazecie przeczytano, że „nieprawdziwy” itp. 90% narodu woli polegać na opinii innych niż przekonać się na własne oczy! Niesamowite! W pracy znalazłem jedną (słownie: JEDNĄ!!) osobę, która próbowała film obejrzeć, ale zrezygnowała po 20 minutach, bo nie podobały się sceny – zbyt „niesympatyczne” i „makabryczne”. Excuse moi?!?!
Ta mała próbka niech świadczy o większości – w wersji Hindi film przeszedł niezauważenie, zszedł z ekranów po kilku dniach wyświetlania. Z wersją anglojęzyczną było nieco lepiej, ale i tak moje nadzieje po ujrzeniu wypełnionej sali w dniu premiery były znacznie wyższe. Naprawdę spodziewałem się, że obraz otworzy ludziom oczy nie tylko na ich własny kraj, ale też (a może przede wszystkim) na kinematografię i uzmysłowi, że bollypapka to nie jedyne co może się tutaj sprzedać.
Pomyliłem się. Sytuację Slumdoga oceniam podobnie jak Białego Tygrysa – powszechnie doceniona poza granicami książka, zdobywca nagrody Bookera, została całkowicie zignorowana w Indiach. Czy to przez przedstawienie kraju w świetle, delikatnie mówiąc, niekorzystnym? Przecież w obu pozycjach nie ma przekłamań, czy udawania – Danny Boyle jak i Arvind Adiga – indyjski dyplomata mieszkający od lat w UK i Stanach Zjednoczonych, pokazują Indie w sposób prawdziwy – zgadza się – jedynie wycinek kraju, bez ich boomu IT i całego tego Gurgaon, ale fabrykowania dowodów żadnemu z nich zarzucić nie można.
Drugim z powodów, który przychodzi na myśl może być po prostu krańcowo inna wrażliwość kulturowa. W Indiach, gdzie życie prostym nie jest, a kontrasty bogactwa widziane są wszędzie i na każdym kroku, społeczeństwo traktuje kulturę (książki i filmy) jako odskocznię od codzienności. Oni nie chcą czytać, czy oglądać morderstw, gwałtów, slumsów i głodu, bo to mają na co dzień. Wolą więc surrealistyczne opowieści o powszechnym szczęściu, niearanżowanych małżeństwach, miłości na całe życie i seksie z obcokrajowcami (przedstawianym jako hinduski półbóg – Shahrukh Khan tańczący w otoczeniu sześciu blondynek). To jednak nie wydaje mi się do końca przekonywujące jako, że w ostatecznej wymowie, Slumdog jest filmem o sukcesie jednostki słabej, o cennych wartościach, którym mogą hołdowac również ludzie usytuowani niżej w strukturze społecznej, a które dla bogatych Hindusów czasami zanikają.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, Hindusi są narodem dumnym do stopnia tego, że nie są w stanie zdzierżyć faktów niewygodnych, zaakceptować rzeczywistości taką jaką jest – wolą być głusi na biedę, łamanie prawa, korupcję i syf, tylko byleby nie było potrzeby stawiania czoła tym problemom.

Aye Pee Elle

Indian Premier League. O czym mowa? O piłce nożnej? Koszykówce? Hokeju? Skądże! Pierwszy raz w historii powstała w Indiach Liga Krykieta!!!! I co w tym dziwnego? My mamy ligę (a nawet dwie!) unihokeja, a i tak znaczna większość społeczeństwa nie wie, z czym to się je. Historia IPL jest jednak bardziej skomplikowana, zatem warta przybliżenia…
Ligę stworzono od podstaw. A u podstawy leży kasa i pomysł. Wymyślił sobie więc ktoś, że zrobimy ligę. Wystawił (uwaga, będzie ostro!) na licytacje kluby, które nie istniały, ale i tak znalazł nabywców na „narysuj mi baranka”. Mieliśmy kluby, wciąż jednak nie było zawodników. Zrobiono więc draft w sensie kolejnej licytacji – kto da więcej zawodnikowi, tam będzie grał! Tu doszło do paranoi, jako że kluby chciały mieć u siebie gwiazdy kosztem wszystkiego, więc taki przystojny, więc idealny marketingowo reprezentant kraju Mahendra Dhoni dostał tyle pieniędzy, że średnio za jeden występ – trzy godziny odbijania piłki kijem inkasuje 200.000 USD (tak, Szanowna Komisjo, wciąż mówimy o Indiach). Proszę wymienić jakiegokolwiek zawodnika uprawiającego jakikolwiek sport, który otrzymuje więcej! Nagród tradycyjnie nie będzie.
Całe zamieszanie ligowe będzie trwało może ze 2 miesiące, bo tyle trwa sezon, a później wszyscy rozjadą się do swoich macierzystych lig z wypchanymi portfelami i fajną opalenizną.
Kto za to wszystko płaci? Społecz… Nie, nie! Skąd! Oczywiście krezusi – ShahRukh Khan – Bóg Bollywoodu – kupił sobie zespół z Kolkaty (za nieco ponad 75 mln. USD), Preity Zinta (kolejna aktorka z podkreśleniem słowa kolejna, a nie aktorka) gdzieś z Punjabu (76 mln.) a któryś z miliarderów oczywiście szarpnął się na Mumbai („jedynie” za 112 mln. baksów). Aha, licencja nie jest wieczysta – prawo do klubu nabyli wyżej wymienieni jedynie na 10 lat!!! (Przypominam: to wciąż Indie!!!)
Nazewnictwo drużyn natomiast to już jest temat – rzeka nawet dla lokalsów. Generalnie można powiedzieć, że nazwy krążą wokół kilku zagadnień: finansowego Deccan Chargers (linie lotnicze Air Deccan), Bangalore Royal Challengers (gorzelnia Royal Challenge), narodowo-patriotycznego: Jaipur Rajasthan Royals, Mohali Kings XI Punjab czy Chennai Superkings, kiepskich filmów zachodnich: Delhi Daredevils i Kolkata Knight Riders, lub po prostu nazwy są kreatywne i oryginalne jak Mumbai Indians.
A co na to my – kontestatorzy indyjskiej rzeczywistości? Od ignorancji pełnej (co to jest krykiet??) przez połowiczną (głupie to, ale można by się na mecz przejść poopalać) po totalne szaleństwo. I tutaj muszę przytoczyć przykład znajomego, który to ma dość różne dziwne fazy, ale faza krykietowa jest najmniej dla mnie zrozumiała. Pojechał ten, wydawałoby się, inteligentny człowiek z dyplomem Stanford na mecz do Chandigarhu, zakupił bilet na finał ligi w Mumbaju. Paraduje w koszulce Delhi Daredevils, a co najgorsze: utrzymuje, że wie o co w tej grze chodzi. Kituje…
Sytuacji przekomicznych jest wiele, jak choćby zamieszanie z importowanymi cheerleaderkami, o których można poczytać tu: http://www.sport.pl/sport/1,83709,5165533.html

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    1. Locke pisze:

      Jakby na to nie patrzec przypadlosc przymykania oczu na niedostatki wlasnego kraju nie jest domena tylko Indii. Miejscami wiecej ludzi przyznaje sie do wad wlasnego kraju ale tak czy siak wiekszosc czuje sie oburzona gdy wspomnisz o ciemniejszych stronach zycia:)

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 5 + 4

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.