Granica – punkt kontrolny w Qualandii

Fot. PalFest

Check-point w Qualandii, prowadzący z Zachodniego Brzegu Jordanu do Jerozolimy. Zasieki, wieże wartownicze, nafaszerowany elektroniką mur, zwany przez Palestyńczyków „murem apartheidu”, przez Izraelczyków „murem bezpieczeństwa” Dzieci palestyńskie sprzedające balony i herbatę, kolejki samochodów i autobusów.

Lokalni muszą z autobusów wyjść i przeprawić się przez check-point pieszo. Zrobiliśmy to raz, mimo że nie musieliśmy, by zobaczyć, jak wygląda życie Palestyńczyka, przecież mocno uprzywilejowanego (sic!), czyli takiego, który ma prawo jeździć do Jerozolimy.

Labirynt okratowanych przejść, prowadzących do mini-terminalów, przy których nudzą się izraelscy żołnierze- dzieci. Pogoda stężała na 8 wietrznych stopniach Celsjusza. Terminale nie są ogrzewane, cześć z nich zamknięto. Kłębimy się przy jedynym otwartym- w jednym rzucie przez bramkę rentgenowską mogą przejść trzy osoby, które wpuszczane są przez obrotowe zakratowane drzwi, blokowane elektrycznie przez dzieci-żołnierzy.

Bywa, że czwarta osoba zatrzaskiwana jest w środku i musi czekać na odblokowanie drzwi. Nikt jednak tego nie zrobi wcześniej, niż po sprawdzeniu pierwszej trójki. Zatem przez mniej więcej piętnaście minut jest się pomiędzy światem palestyńskim a izraelskim, odseparowanym od jednego i drugiego metalem krat. Zdarzyło się to młodej Francuzce, która stała przed nami. Nikt nie reagował na jej pytania i prośby, żeby ją wypuścić.

Jesli pierwszą trójką są wyłącznie Palestyńczycy – całość trwa znacznie dłużej.

Nie ma uprzejmości wobec Arabów. Są okrzyki, stanowczość w głosie, zawracanie, sprawdzanie wielokrotne wszystkiego. Dzieci-żołnierze robią sobie przerwy, siedząc w ogrzewanych pokojach za szybą. W czasie licznych interwałów, aranżowanych spontanicznie, rozmawiają wesoło między sobą, piszą esemesy, sprawdzają maile. W tym samym czasie na zimnie czekają rodziny z dziećmi.

Jest ujmująca grzeczność wobec obcokrajowców. Nawet po skrupulatnym sprawdzeniu moich toreb, butów i kolczyków, padło uprzejme, angielszczyzną wycedzone: „Dziękuję” oraz „Miłego dnia”. Kiedy przez bramkę przechodzą Palestyńczycy, nie słyszą żadnych zwrotów grzecznościowych w żadnym języku, ani arabskim, ani hebrajskim.

Innym razem kierowca autobusu do Jerozolimy wysadził nas przed check-pointem w miejscu, w którym można było przejść tylko z dowodami izraelskimi. Nie było nikogo, kto by mógł nam udzielić informacji, co mamy ze sobą zrobić dalej, więc ruszyliśmy w stronę pierwszego żołnierza-dziecka, stojącego przy szlabanie.

– LO!- krzyknął po hebrajsku- NO!- poprawił szybko – LA!- dodał po arabsku.

Z wieży strażniczej popłynęły w naszą stronę hebrajskie nakazy i zakazy. Na migi pokazałam dzieciom-żołnierzom w wieży, że nie tylko ich nie słyszę, ale i nie rozumiem. Monolog z wieży płynący trwał jednak nieprzerwanie, więc wycofaliśmy się. Postanowiliśmy wejść do innego autobusu, którego palestyński kierowca z ciężkim westchnieniem powiedział, że robimy to na nasze ryzyko (kierowcy nie są szczególnie szczęśliwi, kiedy napataczają im się ludzie, do których żołnierze mogą mieć jakieś dodatkowe pytania, zanim zdecydują się ich wpuścić na teren Izraela – bo to może oznaczać przedłużenie i tak już długiej ceremonii).

Po kilku minutach weszli dwaj żołnierze – w wieku, mniej więcej, osiemnastu lat. Pierwszy sprawdził, czy w autobusie jest bezpiecznie – podnosząc lekko broń w stronę nielicznych pasażerów, drugi zażądał dokumentów. Polskie paszporty nie wzbudziły w nim zainteresowania, ale nie spodobały mu się papiery starego Palestyńczyka siedzącego za nami. Kazali mu wyjść.

– Mam 67 lat – powiedział do nas, podnosząc się ciężko. Stary Arab w biednym garniturze
– Jest prawo, że ludzie w moim wieku nie muszą przechodzić check-pointów na piechotę. Ale prawo to dzisiaj nie ma znaczenia. Dziś mam wyjść i czekać godzinę, wczoraj przejechałem normalnie.

Dziecko-żołnierz zażądało po chwili również, by z autobusu wyszła młoda Arabka z dopiero co urodzonym niemowlęciem. Żołnierz wskazał im przejście dla pieszych, gdzie stał duży tłum marznących ludzi.

My przejechaliśmy normalnie. Nie byliśmy przecież Palestyńczykami.

Tekst pochodzi z bloga Dżihadolog

Publikacja na stronie: 29.12.2011

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 5 + 8

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.