Goa off season – part one.

Goa, plaża Palolem - na pierwszym planie rybackie łodzie a w tle bungalowy w których można spędzić rajskie wakacje.

Dla typowego białasa z Europy wschodniej, który o temperaturach powyżej 25 stopni Celsjusza może co najwyżej pomarzyć przez 3 miesiące w roku a przez pozostałą część wystawiony jest na mniej lub bardziej upierdliwe podmuchy rosyjskiego chłodu, możliwość wyskoczenia do Indii zaraz po mijającej w kraju zimie, staje się nie lada gratką i sposobem na szybsze spotkanie upragnionego lata.

Trzeba jednak uważać, bo kwiecień, maj i początek czerwca to najbardziej gorące miesiące w Indiach. Średnia temperatura waha się wtedy w okolicach 35 stopni a w wielu regionach potrafi zahaczyć nawet o 40. Jednym słowem upalne piekło, którego namiastkę można sobie dla próby zafundować w domu, wkładając głowę do rozgrzanego piekarnika na minimum dwie „Zdrowaśki”.

Mając na uwadze to, co powiedział pewien mądry człowiek – „Nie zna życia, kto nie służył w marynarce!” – nie mogliśmy pozostać obojętni i nie sprawdzić na własnej skórze jak faktycznie podróżuje się po Indiach poza sezonem. Dlatego już następnego dnia po wylądowaniu w Mumbaju, zdecydowaliśmy przez aklamację, że porzucamy nagrzane słońcem gwarne miejskie przestrzenie i ruszamy na Goa, aby dla ochłody i z lekką nutką snobizmu pławić się w egzotycznych wodach Morza Arabskiego. Nic bowiem nie dodaje tak energii i nie nastraja do filozoficznych tyrad nad sensem życia jak sączenie zimnych drinków i przewracanie się z boku na bok w wygodnych leżakach pod palmą. Szczególnie gdy myśli wypełnione są żywymi jeszcze wspomnieniami o zjawiskowo pięknej Felicitas z Argentyny, która pojawiła się poprzedniej nocy o 4 nad ranem, gdy spaliśmy w obskurnym hostelu Armii Zbawienia i swoim elektryzującym tembrem głosu wprawiła nas w oczarowanie.

Goa znajdzie cię samo. Specjalnie używam tej formy, bo w popularnym turystycznym rozumieniu Goa, odnosi się o wiele bardziej do miejsca a konkretniej do plaży niż do nazwy indyjskiego stanu, czym de facto jest. W rzeczywistości Goa, to wiele różnych plaż rozsianych wzdłuż zachodniego wybrzeża tego stanu. Od wysuniętych wysoko na północ dzikich i ukrytych ostańców neohipisowskiej swobody, przez mega imprezownie w stylu Vagatoru lub Anjuny, do słynących z 5 gwiazdkowych resortów plaż Varca i Cavelossim, po południowe i nieco bardziej przyjemne plaże Agondy lub turystycznego Palolem. Są jeszcze takie małe, lokalne perełki, gdzie nie dotarła komercyjna wrzawa i nadal można zachwycać się w samotności zachodem słońca lub słuchać uderzeń fal rozbijających się o szerokie piaszczyste brzegi bez konieczności odpowiadania co 5 minut, że nie dziękuję, nie mam ochoty popływać łodzią, aby oglądać delfiny albo, że te szale to są babskie i ty ich nie potrzebujesz albo, że w godzinę nie da się nauczyć jogi, skoro nie robiłeś tego przez całe życie. Uchowały się one przed masowym napływem agresywnej białej stonki tylko dlatego, że szalenie trudno do nich trafić. Nam zajęło w sumie 2 dni zlokalizowanie jednej z nich. Jechaliśmy skuterem, posługując się bardzo precyzyjnymi wskazówkami naszych indyjskich przyjaciół spotykanych gęsto po drodze, którzy zaczęli od nazwy Total Beach i stwierdzenia, że to jest bardzo blisko, jakieś 10 minut jazdy. Potem Total Beach zamieniło się w Turtle Beach, by po kolejnych 10 km i serii zakrętów w lewo zorientować się, że ostatni kolega informator po prostu się pomylił i chodziło o zakręty w prawo a on zapomniał, że informując nas, stał tyłem do kierunku jaki pokazywał. No i ręka lewa to nie to samo co ręka prawa. Kolejni uczynni ludzie precyzowali naszą wiedzę nanosząc na mapę niezbędne poprawki. Turtle Beach przeistoczyło się nagle w Babajadżi Beach, by chwile później objawić się jako Gabajadżi Beach a następnie, jak za sprawą magicznego hokus pokus triumfalnie obwieścić całemu światu, że interesujące nas miejsce to nic innego jak Gadżabadżi Beach. W rzeczywistości było to jednak Galgibaga Beach ale kto by się tam przejmował, liczy się bowiem przygoda i wrażenia jakich można doświadczyć w tak urokliwym miejscu.

Aby dostać się na Goa naprawdę nie potrzeba dużo wysiłku. Wystarczy pojawić się na jednej z wielu ulicy Kolaby w Mumbaju z dużym plecakiem i spoconą twarzą, na której maluje się wyraz zagubienia a w sekundę otoczą cię chętni do pomocy ludzie. Nie martw się jeżeli masz wrażenie, że nie rozumiesz co do ciebie mówią, choć oni będą upierali się, że mówią po angielsku. Angielski wcale nie jest w Indiach potrzebny, aby podróżować. Powtarzaj tylko „Goa, Goa” i twierdząco kiwaj głową. Na 100% znajdziesz się za chwilę w jednym z wielu turystycznych biur sprzedających bilety. Biuro to będzie składało się z plastikowego krzesełka, reklamy z krzykliwymi nazwami turystycznych miejscowości, telefonu i jakiś papierów. Często będzie to box, wciśnięty w róg między kupą śmieci, murkiem a drzewem. Kiedy uda ci się przekonać właściciela, że jednak nie samolot, bo drogo i raczej nie pociąg, bo trzeba robić specjalne rezerwacje dla zagranicznych turystów, będzie już z górki. Najprawdopodobniej usłyszysz coś w tym stylu:

– Ok sir, mamy specjalnie coś dla ciebie. Dzisiaj dobry dzień na biznes. Ja mieć dobry biznes, a ty być zadowolony. Ja obiecam, nie będziesz żałować. Jeśli będziesz niezadowolony przyjść tu, tu ja pracować i mnie znaleźć. Ja mam duże doświadczenie. Ja pracować 25 lat w tym biznes. Ja wiedzieć, że ty to Ruskie ale na pewno nie Niemiec. Aaaa z Holandii… od razu wiedzieć. Aha, nie z Holandii, z Polski. No jasne, miałem kilku z Polski. Oni wszyscy zadowoleni! Dla ciebie super autobus, the lux, bardzo szybki, bardzo wygodny, dobra cena. Tylko nie mów nikomu innemu, że dałem ci taką cenę, bo inne będą źli. Autobus odjeżdża o 14.00. Ty iść na przystanek. To niedaleko, 10 minut stąd. Łatwo znaleźć, prosto główną drogą. Ty znasz Metro Cinema? Nie szkodzi. Jak tam dojdziesz to skręć w lewo. Tam taka ulica z ubraniami. Tam będzie czekał autobus. Jego imię to Shiva. Shiva, to imię boga, więc to szczęśliwy autobus. Ty znaleźć. Ty mi dać coś za mój dobry biznes. Jakiś bakszysz. Spasiba!

Uzbrojeni w tak pomocne wskazówki oraz obdarzeni falą pozytywnej energii jak błogosławieństwem za pomyślność całej podróży możecie spokojnie oddalić się na wskazane z góry miejsce, gdzie stoi wasz „święty” autobus.  W końcu w ręku nie bez kozery ściskacie przecież kawałek papieru, który jest waszą przepustką na Goa, waszym kupionym po specjalnej  i na pewno nieco tylko  zawyżonej cenie biletem. To nic, że dotarcie do tego miejsca zajmie kolejne 4o minut. To nic, że z przerażeniem w oczach ostatnie 100 metrów pokonacie sprintem, aby załapać się dokładnie na 14:05, przeklinając w duchu, że nie skorzystaliście z lokalnych usług transportowych. Wszystko i tak się uda. Autobus będzie czekał cierpliwie i szybko dotrze do waszej świadomości, że nie odjedzie jeszcze przez kolejne 60 minut. Kierowca przecież nie lubi się spieszyć. Wykorzystajcie ten czas na kupienie wody i zjedzenie obiadu. To się potem przyda :)

cdn.

Informacje praktyczne:

Be Sociable, Share!

    Podobne

    Komentarze

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    *
    = 4 + 8

    This blog is kept spam free by WP-SpamFree.