<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Mandragon &#187; Polecamy</title>
	<atom:link href="http://mandragon.pl/category/magazyn/polecamy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://mandragon.pl</link>
	<description>never ending journey.</description>
	<lastBuildDate>Mon, 21 May 2012 17:37:59 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Edukacja po japońsku</title>
		<link>http://mandragon.pl/edukacja-po-japonsku/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/edukacja-po-japonsku/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 20 May 2012 11:22:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ola Mitsui</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[dzieci]]></category>
		<category><![CDATA[edukacja]]></category>
		<category><![CDATA[Japonia]]></category>
		<category><![CDATA[juku]]></category>
		<category><![CDATA[system edukacji]]></category>
		<category><![CDATA[szkoła]]></category>
		<category><![CDATA[wychowanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8912</guid>
		<description><![CDATA[Edukację w Japonii dzieci zaczynają bardzo szybko. Nadgorliwe mamy już podczas ciąży słuchają Mozarta i nagrań tekstów w języku angielskim, żeby dziecko po narodzinach było już osłuchane z mową, której uczyć będzie się na wszystkich szczeblach edukacji (Mozart podobno podnosi dzieciom poziom IQ). ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/DSC_0635.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8913" title="DSC_0635" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/DSC_0635-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a>Jakiś czas temu zakwitły w Japonii wiśnie… oczywiście nie wszystkie na raz. Najpierw, w marcu, te na południu kraju, a obecnie jeszcze kwitną te na północy i u nas na wsi. Myślę, że rok szkolny Japończycy próbowali zgrać właśnie z tokijskimi wiśniami, gdyż, dokładnie w kwietniu, drzewa eksplodują tam różowo-białym kwieciem, a rok szkolny zaczyna się pierwszego kwietnia. Z mojej perspektywy — nie do końca zadomowionego gaijina — te piękne, bujne kwiaty wiśni oglądane po drodze do i ze szkoły to chyba jedyna przyjemność japońskiego systemu edukacji zafundowana uczniom… dobrze, że chociaż ta jedna.</strong></p>
<p>Edukację w Japonii dzieci zaczynają bardzo szybko. Nadgorliwe mamy już podczas ciąży słuchają Mozarta i nagrań tekstów w języku angielskim, żeby dziecko po narodzinach było już osłuchane z mową, której uczyć będzie się na wszystkich szczeblach edukacji (Mozart podobno podnosi dzieciom poziom IQ). Kiedy dziecko pojawi się już na świecie, rodzice zaopatrują je w zestaw pomocy dydaktycznych, które mają na celu uczenie przez zabawę (istnieje wiele takich programów, w zależności od firmy dziecko można do nich zapisać od pierwszego do szóstego miesiąca życia; po zapisaniu uiszcza się stałą opłatę, a do domu pocztą przychodzą edukacyjne gry, zabawki, książeczki i nagrania; programy kończą się przeważnie, kiedy dziecko kończy trzy latka i idzie do przedszkola).</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wyścig szczurów od przedszkola</strong></p>
<p>W przedszkolu system zaczyna wreszcie wychowywać dziecko, któremu do osiągnięcia trzeciego roku życia wolno było robić dosłownie wszystko… Dzieciństwo w Japonii trwa właściwie tylko te trzy lata, więc rodzice i dziadkowie chyba rekompensują w ten sposób utraconą część tego najpiękniejszego okresu w życiu… Z doświadczenia własnego jako matka Polka mieszkająca z teściową i matką teściowej (czy może być jeszcze gorszy scenariusz?!) mogę napisać:</p>
<p>— po pierwsze: nie wolno karcić dziecka dopóki nie pójdzie do przedszkola<br />
— po drugie: nie wolno pozwolić by dziecko płakało<br />
— po trzecie: należy pozwalać mu na wszystko – jeśli uderzy na ulicy obcą osobę lub coś popsuje, obowiązkiem matki jest przeprosić, a nie zapobiec, by nie zrobiło tego więcej.</p>
<p>Przedszkole, do którego aktualnie uczęszcza moja córka, małymi kroczkami przyzwyczaja dziecko do spędzania całych dni poza domem, bez rodziców i dziadków oraz powoli uczy manier i wychowuje. Najważniejszym wydarzeniem w życiu dziecka do tego momentu jest pierwszy dzień w przedszkolu, którego oboje rodzice nie mogą opuścić. (Moja teściowa zabroniła mi pracować w ten dzień i powiedziała, że mam zrezygnować z bardzo intratnej posady, w razie gdyby praca pokryła się z terminem przyjęcia mojej córki do przedszkola… czy tylko ja uważam to za absurd?!) Jako iż w Japonii wyścig szczurów zaczyna się już w żłobku (na przykład w Tokio), z pewnością przedszkole pełni równie istotną rolę, ale mój obcy umysł z innego świata uniemożliwia mi pojęcie tego przy pomocy logiki arystotelesowskiej tak nieadekwatnej w tej części świata.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Szkoła cię nauczy?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Kolejnym krokiem na edukacyjnej drodze malucha jest podstawówka, od której przecież zależy przyjęcie do gimnazjum, następnie liceum, w efekcie na uczelnię wyższą, a ostatecznie do firmy… (Już się martwię, jak wybiorę dziecku szkołę podstawową mając do wyboru tylko jedną u nas na wsi… czy zagwarantuje ona dobry uniwersytet? ) Kiedy dziecko zaczyna naukę w szkole, wszyscy krewni oraz sąsiedzi zobowiązani są ofiarować mu określoną sumę pieniędzy, różniącą się w zależności od stopnia pokrewieństwa lub zażyłości kontaktów z rodziną ucznia. Rodzice natomiast muszą oddać wszystkim ofiarodawcom prezenty do kwoty nie przekraczającej połowy otrzymanych pieniędzy. To samo ma miejsce, kiedy dziecko już skończy swoje wspinanie się po szczeblach edukacyjnej drabiny i zostanie wreszcie zaadoptowane (już jako dorosły człowiek) na łono firmy-matki, która będzie je utrzymywać do końca życia, a której ono pozostanie wiernie oddane jako pracownik.</p>
<p>Takie ofiarowywanie pieniędzy ma sens, gdyż każdy etap w edukacji dziecka w Japonii wiążę się z ogromnymi wydatkami dla rodziców – wszystko jest płatne, od przedszkola przez podstawówkę, gimnazjum, liceum aż po uczelnie wyższe. Do czesnego trzeba jeszcze dodać mundurki, dresy, zeszyty, podręczniki… dzieci muszą przecież wyglądać, posiadać i myśleć tak samo. W japońskiej szkole (i społeczeństwie) nie ma miejsca na indywidualność czy swobodę.</p>
<p>Jednak wspinanie się do momentu zatrudnienia nie jest tak proste, jak mogłoby się to wydawać… Gimnazjum i liceum to droga przez mękę: setki testów z wykutego na pamięć materiału, niemającego nic wspólnego z rzeczywistością, z kluczami odpowiedzi, w których tylko jedna opcja jest dopuszczalna, bez możliwości sprzeciwu.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Juku</strong></p>
<p>Pracuję w juku, czyli „szkole po szkole”, której zadaniem jest tłumaczenie tego, co dzieci przespały podczas lekcji w normalnej szkole. Jak tu<a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/P2012_0511_162034.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-8914" title="P2012_0511_162034" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/P2012_0511_162034-180x300.jpg" alt="" width="180" height="300" /></a> nie spać? Jeśli śpi się cztery albo pięć godzin, potem cały dzień od 8.00 rano do 17.00 spędza w szkole na zajęciach, często też sportowych, a na koniec od 17.00 do 21.00 ślęczy się nad książkami w juku… Szczerze mówiąc daję z siebie wszystko, ale ile z moich zajęć może znieść uczeń, który po dziewięciu godzinach w szkole, gdzie w ramach zajęć w-f przebiegł 15 kilometrów, wciśnięty w przestrzeń około 50 cm na 50 cm pomiędzy ścianką działową, a biurkiem, zasypia na siedząco patrząc mi prosto w oczy i udając, że słucha? Uczniowie są tak przyzwyczajeni do wykonywania zadań, a nie myślenia, że nawet nie domyślają się po skończeniu jednej strony, że na następnej również coś może się znajdować i w związku z tym należy przewrócić kartki (nie żartuję, sama muszę im przewracać kartki na drugą stronę…). I tak przez sześć dni w tygodniu… — w soboty w szkołach również są zajęcia, choć już nie normalne lekcje, a bardziej kółka zainteresowań, na których obecność jest obowiązkowa.</p>
<p>Nie jestem anglistką, ale trochę po angielsku mówię — na tyle, żeby uczyć tego języka w Japonii i na tyle, żeby wiedzieć, że bardzo rzadko tylko jedna opcja jest poprawna. To samo znaczenie, można przekazać na wiele sposobów, jeśli zachowana jest treść, czemu karać ucznia za to, że zna inne słowa niż te z podręcznika? W Japonii nie ma dyskusji. Tak ma być, tak było, jest i będzie. Chcesz iść na Uniwersytet Tokijski, by w przyszłości mieć szansę w polityce? Musisz się zdecydować już w łonie matki, bo bez dobrego żłobka może się nie udać… Chcesz zdać test z angielskiego? Musisz się nauczyć podręcznika na pamięć, nieważne, że nie rozumiesz, kiedy ktoś zagadnie cię po angielsku, nieważne, że nie umiesz nic powiedzieć w tym języku. Dopóki odpowiedzi są poprawne, jest szansa na studia wyższe.</p>
<p>Wiśnie kwitną. Właściwie już przekwitają i ich płatki opadają jak śnieg. Wraz z wiśniowym frontem przez Japonię przetoczyła się kolejna fala samobójstw — pierwsza ma miejsce w grudniu pod koniec roku, a druga na przełomie marca i kwietnia, kiedy decydują się losy przyszłych uczniów bądź absolwentów (wiele osób, w różnym wieku, rozczarowanych wynikiem egzaminów, zwolnionych z pracy, nie dających sobie rady z presją społeczną bądź wyśmiewaniem się z nich w szkole, odbiera sobie życie).</p>
<p>Radosna część rozpoczęcia edukacji przeminęła wraz Golden Week (wolnym tygodniem na początku maja). Od teraz dzieci czeka już tylko wyścig szczurów, niedospanie, zmęczenie i całe dnie poza domem nad książkami, stres i liczenie punktów. Moja najlepsza uczennica nie pyta mnie, co było źle na teście, który jej oddaję, ale zawsze pyta ile punktów poprawiła się od ostatniego sprawdzianu. W końcu życie zależy nie od umiejętności radzenia sobie w nim lub samodzielnego myślenia, ale od ilości punktów na teście. Czemu mnie to dziwi? Zdawałam już nową maturę w Polsce, więc powinnam wiedzieć, że u nas powoli zaczyna być tak samo jak tutaj… Mimo wszystko, jako matka Polka, a nie „azjatycka tygrysica”, zamierzam wysłać dzieci do szkoły za granicą, do kraju, gdzie nie kwitną wiśnie, ale uczą samodzielnego myślenia i może alternatywnych opcji radzenia sobie z niepowodzeniami niż samobójstwo.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/edukacja-po-japonsku/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści z Katmandu</title>
		<link>http://mandragon.pl/opowiesci/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/opowiesci/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 May 2012 19:25:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Paweł Skawiński</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[buddyzm]]></category>
		<category><![CDATA[Karunamaja]]></category>
		<category><![CDATA[Katmandu]]></category>
		<category><![CDATA[legenda]]></category>
		<category><![CDATA[legendy]]></category>
		<category><![CDATA[Nepal]]></category>
		<category><![CDATA[Reportaż]]></category>
		<category><![CDATA[Tybet]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8894</guid>
		<description><![CDATA[Każde, stare, średniowieczne miasto posiada swoje legendy. Fantastyczne opowieści o potworach i rycerzach, księżniczkach, romansach, sprytnych kupcach i ich fortunach, które tracili lub zdobywali w przedziwnych okolicznościach. Kryją w sobie ziarno prawdy o tym miejscu. Klucz do jego zrozumienia.   ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_8906" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/Kashtamandap.jpg"><img class="size-medium wp-image-8906" title="Kashtamandap" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/Kashtamandap-300x198.jpg" alt="" width="300" height="198" /></a><p class="wp-caption-text">Świątynia Kashtamandap. Fot. Paweł Skawiński</p></div>
<p style="text-align: justify;"><strong>O tym jak Singha Sartha Bahu wybrał się do Tybetu i znalazł raj na ziemi, który okazał się piekłem.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Codziennie rano, idąc po mleko do sklepu tuż za rogiem, zatrzymuję się przed świątynią Kasthamandap. Przyglądam się ogromnemu, spadzistemu dachowi wspartemu na drewnianych palach, przekupkom sprzedającym kadzidła i pomarańczowe kwiaty, tłumowi wiernych przewijających się w pośpiechu za swoimi sprawami, którzy jednak znajdują chwilę, by zacząć dzień tutaj w świątyni. Dookoła rozkładają się stare kobiety z warzywami, otwierają sklepy ze słynnym, mlecznym kurdem z Bhaktapuru, a obwoźni sprzedawcy owoców z wielkimi koszami przytroczonymi do rowerów stają wianuszkiem wokół placu.  Właśnie w tym miejscu, przy świątynie Kasthamandap, narodziło się Katmandu</p>
<p style="text-align: justify;">Stolica Nepalu od początku istnienia była miastem handlarzy, kupców, podróżników i awanturników. Od wieków przez dolinę ciągnęły karawany z Indii do Tybetu i Chin. Kupcy zatrzymywali się w słynnym gościńcu Kasthamandap, położonym na przecięciu szlaków. Dopiero później Kasthamnadap stał się świątynię, ale już wcześniej miasto rosło, pęczniało wokół budynku zbudowanego z ogromnego drzewa. Powstawały nowe ulice, aleje, świątynie, gospody  i domostwa. Katmandu zasiedlali okoliczni Newarowie, ludzie Himalajów i nizin Teraju. Hindusi, buddyści, dżiniści. Handel zawsze był wehikułem postępu, wymiany myśli, poglądów, mieszania się narodów.</p>
<p style="text-align: justify;">Każde, stare, średniowieczne miasto posiada swoje legendy. Fantastyczne opowieści o potworach i rycerzach, księżniczkach, romansach, sprytnych kupcach i ich fortunach, które tracili lub zdobywali w przedziwnych okolicznościach. Kryją w sobie ziarno prawdy o tym miejscu. Klucz do jego zrozumienia.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wyprawa do Tybetu</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Dawno, dawno temu, Singha Sartha Bahu mieszkał w północnej części miasta. Wtedy zaledwie kilka kroków od placu Durbar, prawdopodobnie w sąsiedztwie zamieszkałym przez buddystów. Właśnie wśród tej społeczności krąży ta historia o mężnym kupcu, który był jednym z trzydziestu dwóch poprzednich wcieleń historycznego Buddy.</p>
<p style="text-align: justify;">Singha Sartha Bahu, miał łeb na karku i żyłkę do interesów. Postanowił wybrać się do dalekiego Tybetu, z którym handel był bardzo dochodowy. Zorganizował więc karawanę pięciuset kupców. Po długiej, bardzo długiej i wyczerpującej podróży przez niebezpieczne przełęcze niebosiężnych Himalajów, wyprawa dotarła do Shangri-La &#8211; Tybetu, raju na ziemi. Wkrótce karawana napotkała na swojej drodze jedno ze wspaniałych miast zamieszkałych przez kobiety o nieziemskiej urodzie. Kupcy szybko zapomnieli o swoich rodzinach w Katmandu i każdy z pięciuset mężczyzn znalazł sobie nową partnerkę. Żyło im się świetnie, zwłaszcza, że Tybetanki karmiły ich pysznymi potrawami, aż stali się okrągli i pulchni.</p>
<p style="text-align: justify;">Singha Sartha Bahu nie był wyjątkiem i tak jak reszta mieszkał z piękną kochanką. Jednak pewnej nocy, we śnie, ukazał mu się Karunamaja, bóstwo pomyślności i dobrobytu. Ostrzegło go, że  kobiety w rzeczywistości są laksinami, czyli ogrami. I cały czas knuły niecny plan przeciw mężczyznom.</p>
<p style="text-align: justify;">- Kiedy tylko staniecie się wystarczająco okrągli i pulchni, zjedzą was żywcem – takiego ostrzeżenia nie można było zignorować. Chociaż, z początku Singh Sartha Bahu nie mógł uwierzyć, że jego piękna kochanka jest laksiną. Kiedy jednak, według wskazówek bóstwa, spojrzał na jej stopy, z przerażeniem stwierdził, że jej pięta i palce są zamienione miejscami. Niechybnie była ogrem!</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ucieczka</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Singha Sartha Bahu długo przekonywał swoich towarzyszy do ucieczki. W końcu postanowili uciec. Karunamaja sprowadził na brzeg rzeki wielkiego, latającego konia.</p>
<p style="text-align: justify;">- Pamiętajcie, że uciekając, pod żadnym pozorem, nie możecie odwrócić się w stronę miasta – przestrzegł kupców. Niestety słysząc  rozdzierający płacz i nawoływania opuszczonych laksin, pięciuset mężczyzn uległo magicznym zaklęciom i wróciło do miasta. Jeden tylko Singha Sartha Bahu oparł się pokusie.</p>
<p style="text-align: justify;">Jego kochanka nie dała jednak za wygraną. Ścigała go aż do samego Katmandu. Tam, za pomocą magii,  stworzyła chłopca, który wyglądał zupełnie jak Singha Sartha Bahu. Wszystkim w okolicy wmawiał, że to jest jego syn, którym Singha Sartha Bahu powinien się zaopiekować. Nikt jej nie wierzył, więc udała się do króla, by ten rozsądził spór. Ale król z miejsca się w niej zakochał. Nie pomogły tłumaczenia naszego bohatera, król wziął laksinę na swoją nadworną kochankę.</p>
<p style="text-align: justify;">Pewnego dnia nowa kochanka króla wezwała swoje siostry z rajskiego miasta w dalekim Tybecie. Zabiły i zjadły króla oraz jego dworzan. Słysząc to Singha Sartha Bahu udał się do pałacu i w pojedynkę zabił laksinię, po czym z braku innych kandydatów sam zasiadł na tronie.</p>
<p style="text-align: justify;">Historia wciąż jest żywa wśród newarskich buddystów w Katmandu. Kobiety opowiadają ją swoim synom, by ci nigdy nie ulegali pięknym kobietom, czy to w Tybecie, czy gdziekolwiek indziej za granicą. I żeby zawsze wracali do domów.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Korzystałem z książki „Tales of Kathmandu, Folktales from the Himalayan Kingdom of Nepal”, Karna Sakyi i Lindy Griffith.</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/opowiesci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nowa mniejszość w Gruzji &#8211; Burowie</title>
		<link>http://mandragon.pl/nowa-mniejszosc-w-gruzji-burowie/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/nowa-mniejszosc-w-gruzji-burowie/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 May 2012 15:34:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Diana Zadura</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Burowie]]></category>
		<category><![CDATA[Gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[mniejszości narodowe]]></category>
		<category><![CDATA[rolnictwo]]></category>
		<category><![CDATA[RPA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8881</guid>
		<description><![CDATA[W XIX wieku dla rozwoju rolnictwa do Gruzji sprowadzono Niemców, dziś w tym samym celu zabiega się o przyjazd Burów. W tym tradycyjnie rolniczym kraju, po długich latach gospodarki sowieckiej, sektor rolniczy znalazł się na skraju upadku.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_8885" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/georgia.jpg"><img class="size-medium wp-image-8885" title="georgia" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/05/georgia-300x199.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a><p class="wp-caption-text">Fot. Nicolai Bangsgaard</p></div>
<p style="text-align: justify;"><strong>W XIX wieku dla rozwoju rolnictwa do Gruzji sprowadzono Niemców, dziś w tym samym celu zabiega się o przyjazd Burów. W tym tradycyjnie rolniczym kraju, po długich latach gospodarki sowieckiej, sektor rolniczy znalazł się na skraju upadku.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Przez długie lata niepodległości rolnictwo było sektorem porzuconym. Obecnie gruzińska wieś się wyludnia, uprawianych jest nie więcej niż 50 % gruntów ornych, a 70 % produktów rolnych pochodzi z importu, co oznacza dużą zależność od zewnętrznych dostawców. Lokalne metody rolne są wysoce niewydajne, z roku na rok postępuje spadek produkcji. Przeciętny plon kukurydzy w Gruzji to 1,5 tony od hektara, w porównaniu do 8 ton od hektara w RPA. Rolnictwo przynosi poniżej 10% PKB [dane za: Ecmi].</p>
<p style="text-align: justify;">W wyniku podziału powierzchni kołchozów większość farmerów weszła w posiadanie małych kawałków ziemi, które są wykorzystywane wyłącznie na potrzeby rodziny. Podczas gdy Burowie w RPA gospodarzą na tysiącach hektarów, w Gruzji tylko 5 % gospodarstw przekracza  2 hektary.</p>
<p style="text-align: justify;">W ostatnich latach podjęto kroki w celu postawienia tego niedoinwestowanego sektora na nogi. Burowie mają wyciągnąć rolnictwo z zacofania, dostarczyć lokalnym społecznościom know-how co do technologii, zarządzania i sprzedaży. Burowie mają stymulować zmiany. Nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu burskich farmerów w skali Gruzji zrobi różnicę. Pierwsi osadnicy już zaczęli tworzyć kooperatywy z lokalną społecznością. Otrzymali obywatelstwo gruzińskie i uczą się języka. W projekcie nie chodzi tylko o odzyskanie samowystarczalności żywnościowej i rozwój ekonomiczny, w dalszej perspektywie Gruzja ma potencjał eksportować swoją produkcję. Choć to dopiero początek eksperymentu i pojawia się wiele znaków zapytania, projekt daje szansę na wyciągnięcie z biedy regionów wiejskich.</p>
<p style="text-align: justify;">
Sprowadzeniem farmerów zajmuje się Ministerstwo d/s Diaspory. Być może z powodu gruzińskiego ochotnika walczącego w wojnie anglo-burskiej 1899-1902. Właśnie tę postać- Niko Bagrationi &#8211; obrano za patrona współpracy. Od jego imienia (Niko the Boer/ Niko Bur) nazwano organizację poszukującą afrykanerskich inwestorów.</p>
<p style="text-align: justify;">Wśród Gruzinów pojawił się (podsycany przez opozycję) sceptycyzm i obawa, że większy napływ Afrykanerów zachwieje i tak kruchą równowagę etniczną, Burowie zaś obawiają się o przyszłość swojej afrykańskiej wspólnoty po odpływie doświadczonych rolników. Póki co w Gruzji osiedliło się 5 burskich rodzin, kilkanaście kolejnych jest w trakcie przeprowadzki. Eksperci oceniają, że ostatecznie osiedli się nie więcej niż 100 farmerów. Taka liczba nie powinna zagrażać lokalnym stosunkom. Paradoksalnie dla Burów potencjalnie niestabilna Gruzja może być wybawieniem od różnorakich problemów trawiących RPA.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/nowa-mniejszosc-w-gruzji-burowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Kukuryku&#8221; czyli o najpopularniejszym odgłosie na Filipinach</title>
		<link>http://mandragon.pl/kukuryku-czyli-o-najpopularniejszym-odglosie-na-filipinach/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/kukuryku-czyli-o-najpopularniejszym-odglosie-na-filipinach/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Apr 2012 09:00:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Konrad Knapik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Filipiny]]></category>
		<category><![CDATA[koguty]]></category>
		<category><![CDATA[kultura]]></category>
		<category><![CDATA[kury]]></category>
		<category><![CDATA[walki kogutów]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8847</guid>
		<description><![CDATA[Dlaczego kura, kogut, kurczak mogą być symbolami Filipin opowiada w swoim tekście Konrad Knapik - nasz azjatycki korespondent]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Kukuryku.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8848" title="Kukuryku" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Kukuryku-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a>Kurczak, kura, kogut. W każdym dużym mieście na Filipinach każdy ma przynajmniej jedną sztukę. Na wsiach przypada sztuk kilka, jeśli nawet nie kilkanaście na jednego mieszkańca. Kury hoduje się dla konsumpcji własnej, bądź sprzedaży. Koguty &#8211; tu bywa różnie i wynika to głównie z jednego z najbardziej popularnych zajęć na wyspach, którymi są urastające do miana sportu narodowego &#8211; walki kogutów.</strong></p>
<p>Koguty zaczynają swoje kukuryku wcześnie, bo w okolicach 4.00-5.00 nad ranem, kończąc grubo po 24.00.<br />
Nadają więc 20-21 godzin na dobę, czyli praktycznie bez przerwy. Jeśli przemnożymy pojedyncze kukuryku przez ilość kogutów w pojedynczym gospodarstwie domowym, dochodzimy szybko do jednego odgłosu piania najrzadziej co 5-6 sekund. Gdy posiada się sąsiadów z prawej i lewej strony, częstotliwość kukuryku zmienia się na częstotliwość od 3 do 4 sekund. Dla kogoś, kto chce pospać w jakimkolwiek czasie dnia i (prawie jakimkolwiek) nocy, jest to dość trudne, no chyba że szybko przyzwyczaimy się do tego popularnego odgłosu.</p>
<p>Nawet jeśli przeniesiemy się do Manili. Stolicy i największej metropolii kraju, nie uciekniemy od piania koguta. Zawsze pojawi się ktoś, kto będzie hodował przynajmniej jednego koguta na balkonie, na dachu, w przydrożnej klatce, słowem gdziekolwiek, gdzie znajduje się chociaż kawałek wolnej przestrzeni.</p>
<p>Kukuryku jest więc zdecydowanie najpopularniejszym odgłosem na Filipinach, bardziej popularnym od trąbienia, które choć jest tu częste i działa na zasadzie sygnału ostrzegawczego „jadę, więc trzymajcie się z daleka”, to jednak ustępuje pianiu koguta.</p>
<p>Na wsiach czasami można spotkać kogucie farmy. Hoduje się tam koguty, które później eksportowane są na cały kraj (największa ich część idzie do Manili), gdzie używane są do wspomnianych walk kogutów. Wyhodowanie takiego koguta to nie jest łatwa sprawa. Proces „uczenia” trwa dwa lata, a koszt tak wyszkolonego egzemplarza waha się od 4,000 do 6,000 peso (300-450 zł).<br />
A co robi się z kogutem, który przegrał walkę? To samo co z tym, który do tej walki nie stanął – gotuje i zjada. Na talerz trafia absolutnie każda część – od kurzych stóp, przez krew zlewaną do naczynia zaraz po ubiciu, po samą głowę. Nawet wnętrzności odbytowe trafią tutaj na stoły. Nic nie może się zmarnować. Popularnym przysmakiem filipińskim są także jajka z zarodkami embrionu kurczaka. Obieramy skorupkę, posypujemy solą i „masarap”, czyli pycha, jak mówią tubylcy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/kukuryku-czyli-o-najpopularniejszym-odglosie-na-filipinach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Chiński kanon piękna</title>
		<link>http://mandragon.pl/chinski-kanon-piekna/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/chinski-kanon-piekna/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Apr 2012 19:47:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam Machaj</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Chiny]]></category>
		<category><![CDATA[salony piękności]]></category>
		<category><![CDATA[uroda]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8804</guid>
		<description><![CDATA[Chińskie kanony piękna różnią się nieco od europejskich i wiele spośród naszych kompleksów po wyjeździe do Azji mogą nie tyle przestać istnieć, ale nawet stać się cechami pozytywnymi. Najbardziej chyba dostrzegalną różnicą stanowi podejście do wyglądu skóry.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/china.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8833" title="china" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/china-300x300.jpg" alt="" width="300" height="300" /></a>Chińskie kanony piękna różnią się nieco od europejskich i wiele spośród naszych kompleksów po wyjeździe do Azji mogą nie tyle przestać istnieć, ale nawet stać się cechami pozytywnymi. Najbardziej chyba dostrzegalną różnicą stanowi podejście do wyglądu skóry. O ile w Europie cenimy opaleniznę to w Chinach jest ona przejawem &#8222;brzydoty&#8221; oraz także świadczy o niskim statusie społecznym opalonego.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Chińczycy tłumaczą to tym, że osoba, która jest blada, pracuje w biurze i nie jest narażona na promieniowanie słoneczne &#8211; w przeciwieństwie do ludzi, których praca naraża na częsty kontakt ze słońcem, czyli na przykład: rolnicy czy budowlańcy. Trudno nam to do końca zrozumieć, bo niejeden rolnik u nas ma więcej niż byle biuralista już przez samo to, że ma: ziemię, oborę, dom itd.</p>
<p style="text-align: justify;">Na dodatek co by powiedzieć o ludziach, którzy pracują w halach lub kopalniach &#8211; też ich słońce nie muska, a urzędnikami czy biznesmenami nie są. Tak czy inaczej w Chinach w odniesieniu do skóry blade (białe) znaczy ładne, a ciemne (brązowe) brzydkie. W konsekwencji tego stereotypu na półkach z kosmetykami mamy całą gamę kremów z dodatkiem środka wybielającego, a panie w czasie lata noszą małe parasolki, które chronią je przed słońcem. Nie muszę już chyba dodawać, że coś takiego jak solaria nie istnieje.</p>
<p style="text-align: justify;">Jeżeli chodzi o płeć brzydką &#8211; tu również widzimy duże różnice pomiędzy Polską a Chinami. Po pierwsze bardzo rzadko możemy spotkać w Chinach ogolonych na łyso i napakowanych dżentelmenów. Z reguły panowie starają się nosić bujne czupryny i są dość szczupli. W ubiorze nie mają jakiś sztywnych reguł i białe karpetki do garnituru jak najbardziej wdziewają. Mają za to inne ważne elementy świadczące o wyglądzie, jak i o statusie. Takimi elementami są zegarek oraz złoty łańcuch, w myśl zasady, że to, co drogie, to piękne i warte tego,  żeby to podziwiać. Prócz zegarka oraz złota bardzo ważnym dodatkiem (dla obu płci) jest telefon komórkowy. Ten dodatek to temat na osobny post, powiem w skrócie &#8211; powinien być to najnowszy model i znana marka.</p>
<p style="text-align: justify;">W myśl zasady, że lubimy to, czego sami nie mamy &#8211; Chińczycy zazdroszczą na białej skóry (moim zdaniem ich jest bielsza od naszej) oraz &#8222;długich pięknych nosów&#8221;. Jako długonosi (bo w stosunku do Chińczyków każdy nos Europejczyka jest długi) i egzotyczni jesteśmy dla Azjatów z reguły atrakcyjni. Z tego powodu dopóki nie zapominamy, że to nie szata zdobi człowieka możemy w Chinach czuć się w jakiś tam sposób ponadprzeciętnie atrakcyjni.</p>
<p style="text-align: justify;">Autor prowadzi bloga o Chinach:</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl/">http://raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl/</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/chinski-kanon-piekna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Filipiny &#8211; wulkan Kanlaon</title>
		<link>http://mandragon.pl/filipiny-wulkan-kanlaon/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/filipiny-wulkan-kanlaon/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Apr 2012 19:46:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Konrad Knapik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Filipiny]]></category>
		<category><![CDATA[Kanlaon]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan]]></category>
		<category><![CDATA[wyspy Negros]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8824</guid>
		<description><![CDATA[Lonely Planet opisuje go jako najbardziej ekscytujący ze wszystkich, chociaż jest szesnastym szczytem Filipin. To wulkan Kanlaon na wyspie Negros.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Na-szczycie.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8825" title="Na szczycie" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Na-szczycie-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a>Ma 2435 m.n.p.m. To zaledwie czternaście metrów mniej niż najwyższy polski szczyt, Rysy. </strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Lonely Planet opisuje go jako najbardziej ekscytujący ze wszystkich, chociaż jest szesnastym szczytem Filipin. To wulkan Kanlaon na wyspie Negros.</strong></p>
<p><strong>Najpierw pozwolenie</strong></p>
<p>Nie da się na niego wejść ot tak sobie. Najpierw trzeba załatwić pozwolenie w biurze Department of Environment &amp; Natural Resources, zwanym w skrócie DENR. Dostanie się do DENR to nie jest łatwa sprawa,  po ostatnim trzęsieniu ziemi zmienili adres, więc na próżno szukać ich w przewodnikach.</p>
<p>Nowy adres to:<br />
DENR-PEDRO Negros Occidental, Abad Santos Street, Barangay 39, Bacolod City</p>
<p>Biuro otwarte jest od poniedziałku do piątku od 6.30 do 19.00. W biurze jest specjalny pan, który opowie bardzo dużo o parku, doradzi jak się ubrać, co zabrać, czego nie brać, co kupić, itd, itp.<br />
Cena pozwolenia dla jednej osoby to 400 peso. Dochodzi do tego opłata prawna (w razie wypadku lub śmierci) – 200 peso. To tyle. Przewodnikowi, który jest absolutnie wymagany, płacimy na miejscu 700 peso.</p>
<p><strong>Przed wejściem</strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Przed-wejsciem.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-8827" title="Przed wejsciem" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/Przed-wejsciem-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Po otrzymaniu pozwolenia trzeba dostać się do małej miejscowości Guintubdan. Podróż z Bacolod City podzielona jest na dwie części. Najpierw autobusem do La Carlotta (półtorej godziny), a później jeepem do Guintubdan (godzina). Zatrzymać się najlepiej przy sklepie pani Nidy, która jest tu osobą znaną, a jej brat to menadżer wszystkich przewodników, jest też kontaktem polecanym przez biuro DENR.</p>
<p>Noc najlepiej spędzić u pani Nidy na stancji. Cena &#8211; 400 peso za noc, chociaż pokój jest zupełnie nie ekskluzywny – mały, z łóżkiem o długości 180 centymetrów, bez prysznica (jest wiadro) i bez lustra nawet w toalecie.<br />
Jaki jest więc plus nocowania u pani Nidy? Taki, że szlak zaczyna się tuż za jej domem. Do tego pani Nida przygotuje świetne, łatwostrawne śniadanie, spakuje nam obiad na wspinaczkę, zrobi kolację, a nawet zagotuje wodę, którą można zmieszać z lodowatą wodą z wiadra uzyskując w miarę ciepłą kąpiel.</p>
<p><strong>W drodze na szczyt wulkanu</strong></p>
<p>Droga na szczyt rozpoczyna się dnia następnego o 6-tej rano. Można wejść na szczyt i wrócić do bazy tego samego dnia, ale jest to męczące i trzeba być w naprawdę dobrej formie fizycznej. Ja biegam dwa razy tygodniowo po cztery kilometry i z wejściem na szczyt wulkanu nie miałem jakichkolwiek kłopotów. Moja dziewczyna, której aktywność fizyczna jest na poziomie normalnego człowieka, męczyła się straszliwie. Miała dosyć już po godzinie drogi.</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/W-drodze-na-szczyt-wulkanu-4.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8828" title="W drodze na szczyt wulkanu 4" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/04/W-drodze-na-szczyt-wulkanu-4-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a>Droga łatwa nie jest. Praktycznie nie ma żadnej ścieżki. Przedzierać się trzeba przez dżunglę, przeciskać między wysokimi paprociami, przechodzić pod złamanymi drzewami, skakać przez rowy, chodzić po zwalonych drzewach robiących za mosty nad urwiskami, chodzić po mokradłach. Łatwo nie jest. Gdy po kilku godzinach wyjdziemy z dżungli i oczom naszym ukaże się szczyt wulkanu, droga wcale się nie poprawia.</p>
<p>Niby jest już otwarta przestrzeń i nie ma już dżungli, ale wspinanie się po kamieniach jest trudne i łatwo się przewrócić. Jeszcze trudniej jest, gdy schodzi się w dół.</p>
<p><strong>Na szczycie</strong></p>
<p>Widok na szczycie wynagradza wszystko, zwłaszcza gdy opadnie mgła, która może wszystko spowić dookoła w kilkanaście sekund, a później równie szybko zniknąć.</p>
<p>Gdy będziemy już na szczycie warto zajrzeć w głąb wulkanu. Widok naprawdę ciekawy!<br />
Przewodnik zaprowadzi nas też do wygasłego wulkanu, który zarośnięty jest już trawą, a na jego dnie jest małe jeziorko, w którym &#8211; w zależności od temperatury &#8211; zamarza woda.</p>
<p><strong>Kiedy i jak się wybrać?</strong></p>
<p>Nam droga na szczyt zajęła siedem godzin. W dół pięć. Szliśmy od 6-tej rano do 6-tej wieczorem. Najszybszy człowiek wspiął się na Kanlaon w trzy godziny i zszedł w półtorej. Jest jednak wielu takich, którzy nie są w stanie wejść i zejść tego samego dnia i muszą nocować na jednym z trzech specjalnie wykarczowanych placów. Śpi się wtedy w namiotach, a wodę czerpie z górskich strumyków.</p>
<p>Na Kanlaon można wejść od marca do maja oraz od października do grudnia. W innych terminach DENR nie wydaje pozwoleń. Wejścia „na dziko” są ryzykowne i mogą skutkować poważną kontuzją, lub nawet śmiercią. Ratownicy, którzy zamieszkują Gintubdan (jedną z nich jest nieoczekiwanie pani Nida) nie mają obowiązku ratować „dzikich turystów”. Co ważne, ich akcje ratunkowe mają do tej pory 100% skuteczność.</p>
<p>Warto dodać, że wulkan Kanlaon jest wulkanem aktywnym i trudnym do przewidzenia. Obszar sześciu kilometrów dookoła wulkanu jest obszarem permanentnie niebezpiecznym i przebywanie tam teoretycznie zagraża życiu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/filipiny-wulkan-kanlaon/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Palestyna &#8211; wyburzenia studni na Zachodnim Brzegu</title>
		<link>http://mandragon.pl/wyburzenia-studni/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/wyburzenia-studni/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Mar 2012 16:36:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Paulina i Maciek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[Morze Martwe]]></category>
		<category><![CDATA[okupacja]]></category>
		<category><![CDATA[okupacja Palestyny]]></category>
		<category><![CDATA[Palestyna]]></category>
		<category><![CDATA[Rahava]]></category>
		<category><![CDATA[studnia]]></category>
		<category><![CDATA[studnie]]></category>
		<category><![CDATA[woda]]></category>
		<category><![CDATA[wyburzenia]]></category>
		<category><![CDATA[Zachodni Brzeg Jordanu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8793</guid>
		<description><![CDATA[Akcje militarne wymierzane w Palestyńczyków, czy wyburzenia pokazywane w mediach stawiają Izrael w niekorzystnym świetle w oczach światowej opinii publicznej. Natomiast restrykcje takie jak ograniczanie dostępu do wody nie spotykają się z takim rozgłosem medialnym i w efekcie pozostają szerzej nieznane.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/2794917318_c3d77db753_z.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8795" title="2794917318_c3d77db753_z" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/2794917318_c3d77db753_z-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>W palestyńskiej wiosce Rahava izraelska armia zniszczyła cysterny wyremontowane przez Polską Akcję Humanitarną. Z braku podobnych informacji w polskich mediach można odnieść wrażenie, że jest to jednorazowe działanie izraelskiej armii, jednak zniszczenia takie jak to z wioski Rahava są dla Palestyńczyków smutną codziennością. Podczas miesięcznego wolontariatu, który odbyliśmy w listopadzie 2011 roku na Zachodnim Brzegu, mieliśmy okazję poznawać tę smutną codzienność. Postaramy się omówić pokrótce dwa tematy związane z wydarzeniami w wiosce Rahava: wyburzenia studni i restrykcje w dostępie do wody.</strong></p>
<p><strong>Wyburzenia</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Około 70% Zachodniego Brzegu Jordanu znajduje się pod administracyjną i militarną kontrolą okupanta – państwa Izrael. Jest to tak zwana Strefa C, z której w myśl porozumień z Oslo z 1993 roku Izrael miał wycofać się w ostatniej kolejności, po uprzednim opuszczeniu administrowanych przez Autonomię Palestyńską Stref A i B. Niebawem upłynie dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia rozmów w Oslo, a izraelskie wojska wciąż stacjonują na tych terenach.</p>
<p style="text-align: justify;">Aby wybudować dom w Strefie C, Palestyńczyk musi uzyskać pozwolenie od władz izraelskich, nie od władz Autonomii Palestyńskiej. Co więcej, Palestyńczycy (w tym także Beduini), którzy zamieszkiwali te tereny od pokoleń, na długo przed wkroczeniem tam izraelskich wojsk w 1967 r., muszą teraz udowadniać, że są ich prawowitymi właścicielami. Nawet jeśli im się to uda – i tak nie mogą być pewni jutra: gąszcz zawiłych przepisów (o których Palestyńczycy nierzadko dowiadują się dopiero w momencie otrzymania zawiadomienia o wyburzeniu lub konfiskacie) usprawiedliwia wyburzenia. Jeśli, na przykład, ziemia nieuprawiana jest przez jego właściciela przez trzy sezony, konfiskowana jest przez Izrael. Prawa własności, jakie znamy w Polsce nie przysługują Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu.</p>
<p style="text-align: justify;">Jeśli Palestyńczykom nie uda się udowodnić prawa własności, ich budynki są wyburzane, a pola uprawne konfiskowane w ich miejsce powstają izraelskie osiedla, których stawianie było wielokrotnie potępiane i uznane jest za niezgodne z prawem przez społeczność międzynarodową. Pomimo, że podczas porozumień w Oslo Izrael zobowiązał się zaprzestać osadnictwa, proceder ten trwa do dziś. Niszczone są także palestyńskie sieci elektryczne, studnie, wodociągi, drogi i nowo postawione (bez izraelskich pozwoleń) budynki. Dalece niewłaściwe byłoby jednak porównanie takiej sytuacji do polskiej samowoli budowlanej – dla Palestyńczyka  uzyskanie od władz izraelskich pozwolenia na budowę w  Strefie C graniczy z cudem, a przecież podlegający rozwojowi demograficznemu Palestyńczycy powinni mieć możliwość rozbudowywania swoich wiosek i miast. Możliwość tę odebrano im, a na domiar złego domy, a niekiedy nawet całe wioski ze Strefy C zostały uznane przez Izrael za nielegalne i mają zostać wyburzone. Izrael nie interesuje się losem pozbawionych dachu nad głową Palestyńczyków. A tereny, na których izraelskie władze sprawują bezprawne rządy, w myśl prawa międzynarodowego – nie należą do  jego terytorium.</p>
<p style="text-align: justify;">Wyburzenia, osadnictwo żydowskie, jak również stosowany przez Izrael wyzysk ekonomiczny, czyli wykorzystywanie ograbionych z mienia i środków do życia Palestyńczyków jako taniej siły roboczej, mogłoby być przedmiotem oddzielnych artykułów. Teraz chcemy jednak przejść do tematu wody, a raczej jej niedostatku.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ograniczenia w dostępie do wody</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Jako wolontariusze spędziliśmy miesiąc w położonej na Zachodnim Brzegu Dolinie Jordanu. Pomimo pustynnego charakteru ma ona stosunkowo łatwo dostępne zasoby wodne. Gleba jest żyzna, a plony zbiera się kilka razy do roku. Ale do życia i do upraw rolnych potrzebna jest woda, a tej zaczęło Palestyńczykom brakować w efekcie restrykcji nałożonych przez izraelskiego okupanta. Przykładem na potwierdzenie tego mogą być izraelskie studnie głębinowe wywiercone w bezpośrednim sąsiedztwie źródeł palestyńskich, które w ich cieniu powysychały.  Palestyńskie  studnie są przez izraelską armię niszczone oraz zatruwane ściekami z nielegalnych izraelskich osiedli. Na Zachodnim Brzegu często widywaliśmy przykry widok wyschniętych kanałów i zbiorników retencyjnych. Palestyńczycy nie mają dostępu do studni izraelskich. Nie znają technologii pozwalających drążyć studnie tak głębokie, a gdyby nawet je znali, nie mogliby wykorzystać tej wiedzy i umiejętności. Prawo izraelskie ustaliło głębokość, której palestyńskie studnie nie mogą przekroczyć, zatem woda i tak pozostałaby odprowadzona tylko przez głębsze studnie izraelskie. Nie tylko ten przepis prawny, ale także wiele innych rozporządzeń dotyczących Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, jawnie ich dyskryminuje.</p>
<p style="text-align: justify;">Na domiar złego Palestyńczycy nie mają wstępu na  brzeg rzeki Jordan. Na siatce z drutu kolczastego zawieszone jest ostrzeżenie o polu minowym i niebezpieczeństwie, jednak osadnicy izraelscy posiadają klucze do furtek w siatce i tym samym korzystają z wody.</p>
<p style="text-align: justify;">Podczas naszego wolontariatu spotkaliśmy osadników, którzy zapytani przez nas o sytuację Palestyńczyków, nie byli w stanie niczego nam powiedzieć. I zdawało się, że nic nie wiedzieli o ich utrudnionym czy wręcz uniemożliwianym dostępie do wody.</p>
<p style="text-align: justify;">Wydobyciem wody na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu zajmuje się firma Makarot, której pakiet kontrolny znajduje się w rękach izraelskiego rządu. Palestyńscy chłopi zmuszeni są do kupowania wody od Makarot, nawet jeśli woda ta pochodzi z ich własnej ziemi. Ceny dyktowane Palestyńczykom kilkakrotnie przewyższają te, które obowiązują osadników żydowskich, a do tego woda udostępniana Palestyńczykom jest znacznie gorszej jakości. W efekcie czego palestyńskie płody rolne nie mogą konkurować na rynku z izraelskimi, zaś bardziej wymagające i dochodowe gatunki roślin uprawiane są w zasadzie tylko przez osadników izraelskich. Samego procesu zakupu wody także się Palestyńczykom nie ułatwia: nie wolno im w strefie C położyć rur do transportu wody, muszą jeździć po nią beczkowozami.</p>
<p style="text-align: justify;">Każdy, kto miał okazję być na Zachodnim Brzegu, ten wie, że poruszanie się po tych terenach nie należy do najłatwiejszych zadań. Jest wiele dróg, z których Palestyńczykom nie wolno korzystać. Dziesiątki wojskowych punktów kontrolnych utrudnia swobodne przemieszczanie się i zajmuje mnóstwo czasu. Obecność muru separacyjnego, który nie trzyma się legalnej granicy Izraela z Zachodnim Brzegiem – wije się i bezprawnie wgryza w terytoria palestyńskie. Mur został uznany przez Unię Europejską, USA, ONZ i Ligę Arabską za nielegalny i tak też powinien być zawsze postrzegany.</p>
<p style="text-align: justify;">Dla nas – wolontariuszy dobrą ilustracją nierówności jest izraelska plantacja kwiatów, automatycznie nawadniana i naświetlana w nocy, w sąsiedztwie której znajduje się pozbawiona prądu i wody wioska palestyńska.</p>
<p style="text-align: justify;">Morze Martwe jest wspaniałą atrakcją turystyczną, jednak tylko Izrael czerpie z niego zyski, gdyż Palestyńczykom wzbroniony jest dostęp do niego. Dzieje się tak, chociaż  znaczna część zachodniej linii brzegowej leży na Zachodnim Brzegu, a nie w Izraelu. Morze bogate jest w minerały używane do produkcji kosmetyków, jednak z tego przetwórstwa zyski czerpie także tylko Izrael, wykorzystując przy tym Palestyńczyków jako tanią siłę roboczą.</p>
<p style="text-align: justify;">Firmy izraelskie czerpią z Morza Martwego wodę i odprowadzają do niego ścieki, powodując opadanie poziomu morskiej wody o metr rocznie! Polityka ta grozi klęską ekologiczną i unicestwieniem zasobów wodnych morza.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Dlaczego woda?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Akcje militarne wymierzane w Palestyńczyków, czy wyburzenia pokazywane w mediach stawiają Izrael w niekorzystnym świetle w oczach światowej opinii publicznej. Natomiast restrykcje takie jak ograniczanie dostępu do wody nie spotykają się z takim rozgłosem medialnym i w efekcie pozostają szerzej nieznane. Będąc w Izraelu przekonaliśmy się, że nawet Izraelczycy nie są świadomi polityki wodnej prowadzonej przez Izrael na Zachodnim Brzegu. Nie wiedzą, że polityka stosowana przez ich rząd uniemożliwia normalną egzystencję Palestyńczykom i zmusza ich do podejmowania codziennej walki o przetrwanie.</p>
<p style="text-align: justify;">Maciek i Paulina</p>
<p style="text-align: justify;">Autorzy na co dzień mieszkają i pracują w Warszawie, wolontariat na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych odbyli w ramach urlopu.</p>
<p style="text-align: justify;">Tekst pojawił się pierwotnie na stronie Kampanii Solidarności z Palestyną:</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2012/03/22/wyburzenia-studni-na-zachodnim-brzegu-%E2%80%93-relacja-wolontariuszy/">http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2012/03/22/wyburzenia-studni-na-zachodnim-brzegu-%E2%80%93-relacja-wolontariuszy/</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/wyburzenia-studni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Indie i taniec &#8211; rozmowa z Aleksandrą Michalską-Singh</title>
		<link>http://mandragon.pl/taniec/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/taniec/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Mar 2012 10:03:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>red.</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Aleksandra Michalska-Singh]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Bharatanatjam]]></category>
		<category><![CDATA[Indie]]></category>
		<category><![CDATA[indologia]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>
		<category><![CDATA[taniec]]></category>
		<category><![CDATA[taniec indyjski]]></category>
		<category><![CDATA[życie codzienne w Indiach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8775</guid>
		<description><![CDATA[Rozmowa z Aleksandrą Michalską-Singh - indolożką, tancerką klasycznych tańców indyjskich. Od 2005 roku mieszkającą na stałe w Indiach.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/DSC07678.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8776" title="SONY DSC" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/DSC07678-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a>Sebastian Durbacz, Sergiusz Kazimierczuk: Co było najpierw &#8211; fascynacja Indiami czy indyjskim tańcem?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Chciałam poznać głębiej jakąś inną kulturę. W liceum zdecydowałam, że będę studiować orientalistykę, wybrałam indologię. Chociaż niektórzy szli na indologię, myśląc, że idą na indianistykę, bo lubili Karola Maya, u mnie to był świadomy wybór. Taniec  po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji, ale już po tym jak zdecydowałam się na studia. Zafascynował mnie sposób w jaki poruszała się tancerka – gest, mimika, kostium.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia z podróży do Indii?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Chyba takie, jakie mają wszyscy – mokra szmata na twarz zaraz po wyjściu z samolotu. To był lipiec, w Delhi gorąco, wilgotno, rikszarze biegną na mnie, wołając – madame, riksza! Na szczęście z lotniska odbierał nas znajomy Hindus, który nas zawiózł do swojego domu. I w tej bezpiecznej bazie planowałyśmy dalsze podróże po Indiach. Bardzo intensywnie wtedy podróżowałyśmy. Na zasadzie – dzień bez świątyni to dzień stracony. Po paru miesiącach pobytu w Indiach przypadek sprawił, że znalazłyśmy się w Gokarnie. Teraz jest to bardzo turystyczna miejscowość, wtedy nic tam się nie działo. Cisza, spokój, plaża.</p>
<p style="text-align: justify;">Pewnego dnia w drodze na plażę, usłyszałam stukot kijka, którym uderza się w czasie lekcji tańca. Patrzę, a w małym domku siedzi Hinduska, która uczy dzieci Bharatanatjam. Zajrzałam tam i w końcu cały ostatni miesiąc uczyłam się tańca, po dwa razy dziennie.</p>
<p style="text-align: justify;">Po piątym roku studiów uzyskałam stypendium w Indiach. Na dwa lata pojechałam znowu uczyć się Bharatanatjam, tym razem do Delhi. Po zakończeniu stypendium zostałam jeszcze na rok, już na własny koszt. I poznałam przyszłego męża, który jest aktorem. Poznaliśmy się w Delhi w mojej szkole tańca. On przez jakiś czas chodził na zajęcia z [tańca] ćhau, którego się uczyłam. Zaczął zapraszać mnie na swoje sztuki, ja jego na swoje występy. Wróciłam do Polski, a potem znowu poleciałam do Indii na cztery miesiące, z biletem powrotnym, ale spontanicznie postanowiliśmy, że nie ma na co czekać i zdecydowaliśmy się na ślub.</p>
<p style="text-align: justify;">To był ślub cywilny, trzeba było zgromadzić masę papierów.  W Indiach jest taki przepis, że jak już się złoży wszystkie dokumenty, to trzeba odczekać 30 dni. Wtedy jest czas na to, żeby ludzie mogli zgłosić swoje wątpliwości, na przykład, że kandydat na męża ma już jedną, drugą żonę. Tak więc zbieraliśmy papiery, pomagali rodzice w Polsce, bo ambasada w Indiach nie chciała mi wystawić potrzebnych zaświadczeń, w końcu obiło się to o MSZ. Wzięliśmy ślub i następnego dnia… wyjechałam do Polski, bo formalności tak długo trwały, że miałam już termin wylotu.</p>
<p style="text-align: justify;">Swoją drogą cywilne śluby są w Indiach skromnymi uroczystościami.  W dziesięć minut jest po wszystkim.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Czy coś się zmieniło w odbiorze Twojej osoby ze strony otoczenia?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Jest bardzo różnie. Nie zawsze noszę oznaki zamężnej kobiety, na przykład naszyjnik i przedziałek na czole zabarwiony na czerwono, ale kiedy już tak się zdarzy, ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem. Jedna Hinduska, zapytała mnie kiedyś na ulicy – „czy Ty wiesz, że to noszą zamężne kobiety?”.</p>
<p style="text-align: justify;">Inna sytuacja – mieszkamy w wynajętym mieszkaniu, właściciele są chrześcijanami. I oni mi kiedyś powiedzieli – „nie martw się urobisz go, będzie nasz”. W sensie, że zmieni wiarę [śmiech].</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Trudno było Ci się mentalnie przestawić na Indie?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Zderzenie kulturowe jest, chociaż ja w Indiach czuję się bardzo dobrze. Uważam, że nie muszę się wcale „przestawiać”, wystarczy ze próbuję zrozumieć to co się wokół mnie dzieje, dostosowuję się,  szanuję ludzi i ich zwyczaje. To dobra szkoła szczęśliwego i pełnego życia.</p>
<p style="text-align: justify;">Problemem na początku było jedzenie. W Polsce na przykład nie używałam przypraw i trudno mi było przestawić się na hinduskie jedzenie. Tęskniłam za białym serem, bułkami z ziarnem, kiszonym ogórkiem. Teraz zmienił mi się smak.<br />
<strong></strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- A w codziennym życiu coś Cię denerwowało  poza jedzeniem?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Na początku denerwowało mnie zainteresowanie moją osobą ze wszystkich stron.  Patrzący zewsząd ludzie, którzy wpatrywali się we mnie jak w ekran telewizora. Każdy coś ode mnie chciał i tak codziennie. Nie zwracam już uwagi na żebrzące dzieci. Znajomi z Europy pytają – „jak możesz na nie obojętnie patrzeć, one są takie biedne”. A ja wiem, że jak im czegoś nie dam, to mnie popchną albo szturchną.</p>
<p style="text-align: justify;">Często też dostaję od nieznajomych zaproszenia na śluby, imprezy, bo w dobrym tonie jest zaproszenie „białej twarzy”.<br />
<strong></strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- W Indiach pracujesz jako instruktorka tańca?</strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/IMG_3203.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-8778" title="IMG_3203" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/IMG_3203-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a></p>
<p style="text-align: justify;">Tak, uczę głównie dzieci. Miałam zresztą epizod nauki w dobrej, prywatnej szkole. W szkołach taniec indyjski to jeden z przedmiotów. W młodszych klasach nawet obowiązkowy. Starsze dzieci mogą wybierać jeden z większej puli przedmiotów artystycznych. Siedmio i dziesięciolatki, które uczyłam były zdziwione, że pani z Zachodu uczy indyjskiego tańca, ale okazało się, że one nic o nim nie wiedzą! Ich rodzice mówiący tylko po angielsku, często uważają, że hinduska muzyka jest nudna. Ja uparłam się – będę was edukować, opowiadałam o historii tańca, puszczałam muzykę, filmy. Po jakimś czasie na zajęcia zaczęły przychodzić hinduskie nauczycielki, żeby się czegoś dowiedzieć.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Czy łatwo jest nawiązać przyjaźń z Hindusami?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Tak, po pięciu minutach jesteśmy „friends” [śmiech]</p>
<p style="text-align: justify;">Mam jednego przyjaciela Hindusa i jedną dobrą koleżankę, reszta to znajomi bliżsi lub dalsi.  W ogóle łatwiej nawiązuję przyjaźnie z mężczyznami. Indyjskie dziewczyny, nie chcę generalizować, ale kierują się właściwie jednym życiowym celem – wyjść dobrze za mąż i dotyczy to również tych najbardziej niezależnych, jeżdżących na Zachód. Rozmowy krążą wokół tematu męża. Naprawdę trudno rozmawia się o innych sprawach, typu – kultura, taniec. Nawet z tancerkami.  Są tancerkami, ale bywa, ze jest to dla nich tylko zawód, a nie pasja.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Ludzie, którzy emigrują ze swojego kraju często mają tak, że adaptują się w nowym miejscu zamieszkania, ale nigdy nie czują, że są stamtąd. W swoim kraju też już nie czują się jak  u siebie.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Też tak czuję.  W Polsce już nie wszystko jest tak oczywiste jak kiedyś. Drażni mnie polskie narzekactwo, ludzie są strasznie smutni w  porównaniu z Hindusami. Jak się jedzie pociągiem – wszyscy patrzą w okno albo podłogę, na uszach mają słuchawki albo mówią szeptem. Nietaktem jest zapytanie o cokolwiek.</p>
<p style="text-align: justify;">W Indiach jest zupełnie inaczej,  ludzie od razu nawiązują kontakt,  pytają, gdzie jedziesz albo co czytasz. Czasami takie pociągowe znajomości zamieniają się między Hindusami w trwałą przyjaźń. W Indiach raczej nigdy nie będę zaakceptowana jako Hinduska, ale mi to nie przeszkadza. Zaakceptowałam ten fakt i radzę sobie z tym. Pamiętam skąd jestem, jaka kultura mnie ukształtowała, dobrze mi z tą świadomością i tożsamością. Chłonę i przyjmuję to, co ma dla mnie nowe życie i nowa kultura, w której objęciach się znalazłam.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>- Dzięki za rozmowę</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Aleksandra Michalska-Singh</strong> – indolożka-drawidolożka (tytuł magistra Indologii otrzymała w Zakładzie Azji Południowej Instytutu Orientalistycznego na Uniwersytecie Warszawskim), jest tancerką, choreografem i instruktorką klasycznych tańców indyjskich, oraz jogi, dzielącą życie pomiędzy Indie i Polskę.<br />
Swą przygodę z tańcem indyjskim rozpoczęła w 2000 roku od nauki tańca Bharatanatyam pod kierunkiem Anny Łopatowskiej. Jej zamiłowanie do kultury i sztuki indyjskiej, a w szczególności do klasycznych form tanecznych, zawiodło ją do Indii, gdzie podczas swych dwóch indologicznych wypraw naukowych zgłębiała tajniki Bharatanatyam i ludowych tańców indyjskich w Karnatace, pod okiem tancerki Rajeshwari S. Hande.<br />
Od 2005 na stałe przebywa w Indiach. Jako stypendystka Indian Council for Cultural Relations (ICCR) przez trzy lata studiowała bharatanatyam w Akademii Tańca Triveni Kala Sangam w New Delhi, pod kierunkiem znakomitej tancerki, Guru Jayalakshmi Eshwar. W 2006 roku rozpoczęła w Indiach również naukę dwóch innych indyjskich form tanecznych: odissi (pod kierunkiem Smt. Kavity Dwibedi) oraz ćhau (pod kierunkiem mistrza Seraikella Chhau – Guru Shashadhara Acharyi).<br />
Ma na swym koncie liczne recitale taneczne, wykłady i prelekcje zarówno w Polsce jak i w Indiach.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/taniec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pokonaj okupanta z Kakucą</title>
		<link>http://mandragon.pl/pokonaj-okupanta-z-kakuca/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/pokonaj-okupanta-z-kakuca/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Mar 2012 19:28:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Diana Zadura</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Armia Czerwona]]></category>
		<category><![CDATA[gra]]></category>
		<category><![CDATA[Gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[Kakuca]]></category>
		<category><![CDATA[Tbilisi]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8741</guid>
		<description><![CDATA[25 lutego 1921 Armia Czerwona zajęła Tbilisi. W Gruzji kończy się "Tydzień Okupacji" poświęcony pamięci okupacji sowieckiej. Obchody rocznicy ustanowiono rezolucją parlamentu w 2010 roku celem wzmocnienia świadomości historycznej. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/Kakutsa_Cholokashvili.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8742" title="Kakutsa_Cholokashvili" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/Kakutsa_Cholokashvili-150x300.jpg" alt="" width="150" height="300" /></a>25 lutego 1921 Armia Czerwona zajęła Tbilisi. W Gruzji kończy się &#8222;Tydzień Okupacji&#8221; poświęcony pamięci okupacji sowieckiej. Obchody rocznicy ustanowiono rezolucją parlamentu w 2010 roku celem wzmocnienia świadomości historycznej. W tym roku na znak pamięci ofiar zainaugurowano kampanię noszenia symbolicznego czerwonego maku. Jednym z ciekawszych wydarzeń była prezentacja gry edukacyjnej opartej na historii walk antybolszewickich. To przykład prowadzonej w ostatnich latach antykomunistycznej polityki historycznej.</strong></p>
<p>Nową grę promuje hasło &#8222;Pokonaj okupanta razem z Kakucą&#8221;. To właśnie Kakuca Czolokaszwili &#8211; lider antybolszewickiego powstania jest głównym bohaterem gry. Pamięć o nim przywrócił ruch narodowy na przełomie lat 80/90tych XX wieku. W 2005 roku dokonano uroczystego przeniesienia grobu Kakucy, który zmarł na emigracji, do panteonu Mtacminda w Tbilisi. Wizerunek bohatera widnieje na banknocie o najwyższym nominale 200 lari.</p>
<p>Gra &#8222;Kakuca&#8221; należy do serii gier w technologii flash &#8222;Wielcy Gruzini&#8221;, która cieszy się ogromną popularnością. Poprzednie odcinki z serii odwołują się do życia i działalności takich postaci jak Niko Pirosmani (malarz naiwny), Wachtang Gorgasali (król &#8211; uznawany za założyciela stolicy w Tbilisi), i poeta Waża Pszawela.</p>
<p style="text-align: justify;">Autorka prowadzi bloga o Gruzji: <a href="http://georgianapl.blogspot.com/">http://georgianapl.blogspot.com/</a></p>
<p style="text-align: justify;"><p><a href="http://mandragon.pl/pokonaj-okupanta-z-kakuca/"><em>Kliknij, żeby zobaczyć filmik.</em></a></p></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/pokonaj-okupanta-z-kakuca/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nepal czyli Himalaje</title>
		<link>http://mandragon.pl/nepal-czyli-himalaje/</link>
		<comments>http://mandragon.pl/nepal-czyli-himalaje/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 04 Mar 2012 17:00:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Krzysztof Matys</dc:creator>
				<category><![CDATA[Magazyn]]></category>
		<category><![CDATA[Polecamy]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Himalaje]]></category>
		<category><![CDATA[Mount Everest]]></category>
		<category><![CDATA[Nepal]]></category>
		<category><![CDATA[Turystyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mandragon.pl/?p=8710</guid>
		<description><![CDATA[Jest kilka powodów dla których ten niewielki kraj przyciąga wielu turystów. Pierwszym i najbardziej oczywistym są góry. Najwyższe na świecie. Tak zwany „trzeci biegun kuli ziemskiej”. Atrakcje? Od profesjonalnych wypraw dla alpinistów (mniej lub bardziej zaawansowanych; ostatnimi laty rozwinęło się niestety coś na kształt masowej turystyki wysokogórskiej]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong><a href="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/nepal2.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-8714" title="nepal2" src="http://mandragon.pl/wp/wp-content/uploads/2012/03/nepal2-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Dlaczego Nepal?</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Jest kilka powodów dla których ten niewielki kraj przyciąga wielu turystów. Pierwszym i najbardziej oczywistym są góry. Najwyższe na świecie. Tak zwany „trzeci biegun kuli ziemskiej”. Atrakcje? Od profesjonalnych wypraw dla alpinistów (mniej lub bardziej zaawansowanych; ostatnimi laty rozwinęło się niestety coś na kształt masowej turystyki wysokogórskiej, Mont Everest zdobyć może już niemal każdy, byle miał pieniądze; o zwyrodnieniach z tym związanych napiszemy w dalszej kolejności) do bardzo lekkich form obcowania z majestatem Himalajów, typu kawa na hotelowym tarasie z widokiem na ośmiotysięczniki lub lot samolotem nad najwyższą górą świata. Latałem, podziwiałem, polecam! Kawę na tarasie też piłem, a najwyższe szczyty mogłem podziwiać przez okno hotelowego pokoju. Rewelacja! Tym bardziej, że bez żadnego wysiłku; do hotelu krętą, górską drogą podwozi bus.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Pociąga nas to, co nieznane, tajemnicze. A właśnie taki bardzo długo był Nepal. Dziś, kraj ten, budując swą turystyczną popularność obficie korzysta z echa tamtych, nieodległych jeszcze czasów. Przypomina w tym Etiopię odizolowaną, skutecznie broniącą się przed europejskimi podbojami dzięki wyjątkowym warunkom geograficznym i nietuzinkowej sile oporu miejscowej ludności. Jeden z władców Nepalu (XVIII w.) mawiał, że „za Biblią przychodzi bagnet, a za handlarzem muszkiet”. Dlatego długie lata nie wpuszczano tu żadnych Europejczyków, nawet tych pokojowo i przyjaźnie nastawionych. W połowie wieku XIX, angielscy geodeci mierzyli wysokość himalajskich szczytów z odległości co najmniej 150 km, zza granicy indyjskiej, ponieważ odmówiono im wjazdu na teren Nepalu. To niewielkie, himalajskie państwo oparło się również sile brytyjskiej Kompani Wschodnioindyjskiej, tocząc w tej sprawie wojnę na początku XIX stulecia. Izolacja ta była możliwa oczywiście również dzięki warunkom geograficznym. Z północy, a po części ze wschodu i zachodu odgrodzeni wysokimi górami. Od południa nizinna granica z Indiami, do połowy XX wieku trudna do przebycia ze względu pas malarycznej dżungli. Dopiero zastosowanie chemicznych środków owadobójczych rozpylanych z samolotów, uczyniło ten teren łatwym do eksploracji.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Mount Everest</strong></p>
<p style="text-align: justify;">W 1852 r. ogłoszono, że szczyt, któremu nadano roboczą nazwę „Peak XV” ma 8840 metrów wysokości i jest najwyższym miejscem na kuli ziemskiej. Informacja ta rozpaliła wyobraźnię nie tylko alpinistów. Rozpoczęto starania w celu uzyskania pozwolenia na organizację wyprawy w Himalaje. W grę wchodziły dwa kraje, Nepal i Tybet. Oba długo opierały się pokusie chociażby najmniejszego otwarcia na świat. W międzyczasie najwyższej górze nadano angielską nazwę Mount Everest na cześć inicjatora badań Himalajów sir Georga Everesta. Sądzono wówczas, że szczyt nie ma swojej lokalnej nazwy. Dopiero w XX wieku Europejczycy mieli się dowiedzieć, że Tybetańczycy od dawna używają nazwy Czomulungma (oficjalna nazwa nepalska to Sagarmatha).</p>
<p style="text-align: justify;">Zdeterminowani alpiniści próbowali różnych sposobów aby dostać się w okolice szczytu. W 1913 r. brytyjski oficer przekradał się w przebraniu tybetańskiego mnicha. Został rozpoznany i zatrzymany w odległości 65 km od Czomulungmy. Niecałą dekadę później dalajlama otworzył granice Tybetu dla wypraw alpinistycznych. No i się zaczęło. Kolejne ekspedycje atakowały górę od strony północnej. Bez powodzenia. Czekano więc na możliwość podejścia od południa czyli z terytorium Nepalu. Czekano aż do 1949 roku, kiedy to Nepal wpuścił pierwsze ekspedycje.</p>
<p style="text-align: justify;">Pierwszym zdobytym przez człowieka ośmiotysięcznikiem została Annapurna (8091 m.). W czerwcu 1950 r. dokonali tego dwaj francuscy alpiniści Maurice Herzog i Louise Lachenal. Wyprawa przebiegała w ciężkich warunkach, zdobywcy przypłacili to licznymi odmrożeniami i amputacją palców. Do dziś pozostaje trudną i niebezpieczną górą. Do 2005 r. zanotowano 103 wejścia i 56 przypadków śmierci! Pierwszego wejścia zimowego dokonali Polacy: Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka, w lutym 1987 r.</p>
<p style="text-align: justify;">Na wejście na najwyższy szczyt na świecie trzeba było poczekać jeszcze 3 lata. Mount Everest został zdobyty 29 maja 1953 przez Nowozelandczyka E.P. Hillary&#8217;ego i Szerpę N.B. Tenzinga.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Jak wysoka jest ta góra?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Co ciekawe, spory co do wysokości szczytu trwają do dziś. Jeszcze do niedawna uznawano 8848 m.n.p.m, i tę liczbę większość z nas pamięta ze szkoły. Ale w dobie urządzeń GPS (wnoszonych na szczyt góry) padają kolejne propozycje, od 8846 do 8850 m.n.p.m. W 2005 r. Chińczycy mieli wyliczyć wysokość skały bez pokrywy lodowej. Ma to być 8844,43. Nie wszyscy jednak uznają ten pomiar za dokładny.</p>
<p style="text-align: justify;">Ogromna większość odwiedzających Nepal turystów ogląda Monut Everest bądź to z tarasów widokowych hoteli w Nagarkot, bądź z okien samolotu na specjalnej wycieczce lotniczej (koszt ok. 190 USD, wylot z lotniska w Katmandu). Loty widokowe nad Himalajami organizuje kilka firm, jedna z popularniejszych to Yeti Arlines. Na pamiątkę pasażerowie otrzymują podpisany przez pilota certyfikat potwierdzający lot w tak wyjątkowym miejscu.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Rząd obraduje u stóp Everestu</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Pod koniec 2009 r. doniesienia agencyjne z Nepalu zostały zdominowane przez informację o spotkaniu rządu w wyjątkowym miejscu, na wysokości 5 200 m. Ministrowie dolecieli tam helikopterem, w obawie o negatywne skutki przebywania na takiej wysokości obradowali w maskach tlenowych, a ponadto towarzyszył im zespół lekarski. Obrady przebiegały przy rozstawionych pod gołym niebem stołach, z pięknym widokiem na pokryte śniegiem himalajskie szczyty. Celem tego wyjątkowego wydarzenia miało być zwrócenie uwagi światowej opinii na problem ocieplenia klimatu i zagrożeń z tym związanych dla lodowców w Himalajach. W efekcie, jak zwykle, pojawiły się różne komentarze. Zarzucano rządowi, że marnotrawi pieniądze podatnika (pamiętając, że Nepal jest bardzo biednym krajem), że posiedzenie tak naprawdę niczemu nie służyło – bo jak można obradować w maskach tlenowych! Tymczasem warto zauważyć, że z marketingowego punktu widzenia było to chyba udane przedsięwzięcie. Premierowi Nepalu udało się skierować uwagę światowych mediów na największą turystyczną atrakcję kraju.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Plany i homoseksualizm</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Dziś odwiedza Nepal około 400 tys. turystów w ciągu roku. Władze kraju założyły sobie bardzo ambitny cel zwiększenia tej liczby do miliona. Mogą być z tym pewne trudności, przede wszystkim wynikające z braków w infrastrukturze – zbyt mało hoteli, za małe lotnisko, itd. Natomiast z całą pewnością wiele się dzieje w obszarze promocji. Co raz dochodzą słuchy o nowych pomysłach. Ostatnio, np. o koncepcji stworzenia z Nepalu popularnej destylacji turystycznej dla homoseksualistów. W tym celu jeden z parlamentarzystów utworzył wyspecjalizowane biuro podróży o wdzięcznej nazwie Pink Mounatin, a rząd podobno przymierza się do legalizacji małżeństw homoseksualnych. Być może w ciągu kilku najbliższych lat Nepal rzeczywiście stanie się centrum turystyki gejowskiej. Byłby to niesamowity zwrot, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze kilka lat temu (do 2007 r.) homoseksualizm był w Nepalu karany! No tak, ale czego się nie robi dla turystyki…</p>
<p style="text-align: justify;">Autor prowadzi bloga podróżniczego:</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://krzysztofmatys.pl/">http://krzysztofmatys.pl/</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mandragon.pl/nepal-czyli-himalaje/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
<!-- This Quick Cache file was built for (  mandragon.pl/category/magazyn/polecamy/feed/ ) in 0.59692 seconds, on May 22nd, 2012 at 4:29 am UTC. -->
<!-- This Quick Cache file will automatically expire ( and be re-built automatically ) on May 22nd, 2012 at 5:29 am UTC -->
